Kryptonim HHhH



Gdy wybieram się do kina, lubię przed seansem jak najmniej sugerować się recenzjami, opiniami i komentarzami. Często za zachętę może służyć mi sam plakat. Tak było w przypadku filmu "Kryptonim HHhH". Portret modelowego SS-mana, z wydatną szczęką i bladoniebieskimi oczami, trupią czaszką na otoku czapki, wszystko to w stalowoszarej tonacji oraz motto "Największą tajemnicę skrywał jeden człowiek". Wraz z tytułem i podejrzeniem, że owym osobnikiem z plakatu jest nie kto inny a szef wywiadu SS Reinhard Heydrich spodziewałem się filmu szpiegowskiego, pełnego tajemnic i zagadek. Niestety, spotkał mnie zawód. "Kryptonim HHhH" to film biograficzny. Pierwsza jego część ukazuje narodziny zbrodniarza. Od małomównego, pozbawionego polotu sztywniaka, z tendencją do wpadania w furię, przez upokorzonego i wściekłego frustrata, do mordercy, który w czasie służby osobiście nadzoruje masakry bezbronnych cywilów a po godzinach uprawia szermierkę i uczy grać syna na pianinie. Niestety, jest to obraz w kinematografii światowej kompleksowo już przerobiony. Dodatkowo, nie lubię filmów o postaciach jednowymiarowych. To samo dokuczało mi w filmie "Snowden", z tą różnicą, że tam bohaterem głównym była postać absolutnie dobra, natomiast w "Kryptonimie HHhH", absolutnie zła. Druga część filmu ukazuje przygotowania do zamachu na protektora Czech i Moraw dokonanego potem przez czeskich spadochroniarzy, którzy przybyli na tę akcję z Wielkiej Brytanii. Jest to nieco ciekawsza opowieść, jednak wciąż niczym nie zaskakująca. Z racji tego, że przebieg tej akcji jest dobrze opisany, nawet średnio zorientowany widz nie dowiaduje się o niej niczego nowego. Potencjał postaci Heydricha został tu moim zdaniem zmarnowany. Oprócz tego, że był on straszliwym zbrodniarzem, był także szefem wywiadu SS, zaangażowanym w misterne i niewyjaśnione do dziś operacje szpiegowskie - takie jak stymulowanie wielkiej czystki oficerów w ZSRR oraz być może, rozpracowania spisku antyhitlerowskiego tkanego przez admirała Wilhelma Canarisa. Mogła z tego powstać na prawdę ciekawa dla miłośników historii opowieść, a tak, mamy przed sobą zapis życia modelowego nazistowskiego zbrodniarza. Tego było już wiele. 

Roman Bratny


5 listopada 2017 r., przeżywszy 96 lat, zmarł Roman Bratny, wielki polski pisarz (nazwisko Bratny było jego pseudonimem konspiracyjnym - urodził się jako Roman Mularczyk). Był autorem wielu powieści, min. opisujących walkę pokolenia dwudziestolatków w czasie drugiej wojny światowej, z których najsłynniejszą pozostaje książka pt. "Kolumbowie, rocznik 20". W czasie wojny członek AK, związany także z tajemniczą konspiracyjną organizacją "Miecz i Pług" a następnie powstaniec Warszawski. Po wojnie przez krótki czas działał w polskich siłach zbrojnych we Francji a po powrocie do kraju wstąpił do PZPR. W latach 80-tych krytykował "Solidarność" czego wyrazem była powieść pt. "Rok w trumnie". 

10 listopada 2017 r. urna z prochami pisarza spoczęła na cmentarzu wojskowym na warszawskich Powązkach. Pogrzeb miał formę świecką z asystą wojskową. Obecne na nim było ok. pięćdziesiąt osób - rodzina, przyjaciele, czytelnicy oraz myśliwi, z którymi Bratny dzielił pasję. W przemówieniu w domu przedpogrzebowym mistrz ceremonii przywołał wobec Bratnego cytat Horacego - "zbudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu", zaznaczając jednocześnie, że sam Bratny z pewnością nie chciałby być żegnany z patosem. Wolałby spocząć w leśnej ciszy, gdzieś na Mazurach. Następnie kondukt pogrzebowy, w eskorcie żołnierzy kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego przeszedł drogę do kwatery żołnierzy walczących, w której spoczęła urna z prochami pisarza.

Zebranym został odczytany list Stanisława Likiernika, żołnierza Kedywu, przyjaciela Bratnego od czasów wczesnego dzieciństwa i jego towarzysza broni z czasów wojny i powstania warszawskiego. Na początku autor listu wspomniał o ich młodych latach, gdy w okolicach miasteczka, w którym ich ojcowie, oficerowie WP, pełnili służbę, brał udział w polowaniach, które stały się obok książek, jego największą pasją. Już jako dwunastoletni chłopiec strzelał z flinty najlepiej ze wszystkich, czym wprawiał w zdenerwowanie panów oficerów. Potem, gdy obaj zamieszkali w Konstancinie, Stanisław i Roman założyli bandę i walczyli z konkurencyjną bandą chłopców, w których rzucali woreczkami z kurzem z dróg (bo w Konstancinie były wtedy jeszcze gruntowe drogi) i końskim nawozem. Potem przyszła ta prawdziwa wojna. Pewnego dnia tylko dzięki znakomitym umiejętnościom aktorskim Bratnego ocalił on życie, gdy Gestapo znalazło w piwnicy jego domu, tajną radiostację polskiego ruchu oporu. Udał wtedy zaskoczonego, niczego nieświadomego gospodarza. Likiernik odwiedzał wtedy Bratnego raz w tygodniu i gdy omówili sprawy konspiracji, Bratny sadzał ich obu na fotelach i przez kilka godzin w milczeniu czytali książki. Potem przyszło powstanie. Gdy Likiernik leżał ranny w szpitalu na Marszałkowskiej, myślał, że walka się już dla niego skończyła. Dlatego gdy Bratny go odwiedził, oddał mu swoją parabelkę. Ale potem przyszedł Czerniaków, Likiernik został ponownie ranny - i gdyby miał wtedy ten pistolet ze sobą, zapewne strzeliłby sobie w łeb. Poczytuje to do dziś Bratnemu za uratowanie życia, choć Bratny nigdy po wojnie mu tej parabelki nie oddał. Po wojnie, na emigracji we Francji, Likiernik znalazł się w trudnej sytuacji. Ciężko pracował fizycznie aby utrzymać rodzinę i gdy w końcu zdecydował się na powrót do Polski, Bratny uczynił go kimś ważnym - gdyż to właśnie Likiernik, obok Stanisława Sobieszczańskiego był jednym z pierwowzorów bohatera tej książki, Stanisława Skiernika. Likiernik sam nie mógł się oderwać od ich lektury w momencie, gdy przychodziło na świat jego kolejne dziecko. Po wojnie Bratny oddawał się z lubością polowaniom, na które zabierał Sobieszczańskiego - co dla tego drugiego musiało być ciężkie, gdyż był człowiekiem, który muchy by nawet nie skrzywdził i pewnie jeździł na nie tylko dla towarzystwa. Sam Likiernik był wdzięczny Bratnemu za to, że go na te polowania nie brał, bo po wojnie miał już po wsze czasy dość strzelania.

Pod koniec życia Bratny mówił: "tak naprawdę umarłem w 1944 roku, mając 20 lat. Reszta to dodatek, bonus i premia, którą dostałem. Większość moich przyjaciół tego nie dostała, choć zasługiwali bardziej niż ja. Wystarczy, bo to naprawdę wobec nich nie w porządku".

Zakładając tego bloga miałem zamiar unikać na nim treści osobistych. Tym razem jednak nie mogę. Mimo, że nigdy nie dane mi było porozmawiać z Bratnym, czuję się jakbym stracił kogoś bliskiego. Wierzę, że wielka sztuka zawsze się obroni i pomimo obecnej polityki historycznej Polski, książki Bratnego nigdy nie zostaną zapomniane. Cześć jego pamięci!








Trzecia droga spisku


Ujawnienie przez prezydenta Trumpa ok. 3000 z 4000 dokumentów w sprawie zabójstwa JFK, czy raczej zmiana decyzji w ostatniej chwili i nieujawnienie na wyraźną sugestię FBI i CIA ok. 1000 z nich, przypomniała opinii publicznej o sprawie zabójstwa 35-ego  prezydenta USA w Dallas, w 1963 r. 

Powstało wiele teorii nt. zamachu na JFK. W rolę podejrzanych wchodzili kolejno FBI, CIA, Fidel Castro, Wietnamczycy z Południa, Mafia, prawicowi emigranci kubańscy, rzecz jasna ZSRR, a nawet PRL. Sprawę próbował rozwikłać prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison oraz znana dziennikarka śledcza Dorothy Kilgallen. Oprócz tego, za jej wyjaśnianie wzięło się wielu prywatnych detektywów, śledczych i specjalistów. Najciekawszą moim zdaniem teorię, tłumaczącą zdarzenie z Dallas, przedstawił ekspert ds. balistyki oraz strzelec wyborowy, Howard Donahue.

W 1967 r. telewizja CBS przeprowadziła własne śledztwo, w którym skoncentrowała się na aspekcie balistycznym sprawy. Odtworzono w ramach niego scenerię zamachu i poproszono jedenastu doświadczonych strzelców o powtórzenie rzekomego wyczynu Oswalda. Strzelali oni z wieży strzelniczej o wysokości odpowiadającej szóstemu piętru składnicy książek, z której strzelał ujęty zamachowiec, do ruchomego celu wielkości człowieka, poruszającego się na mobilnym wózku z prędkością, jaką tego pamiętnego dnia poruszała się pancerna limuzyna SS-100-X, którą JFK przemierzał ulice Dallas. Tylko jeden z uczestników eksperymentu, wspomniany Donahue, zdołał oddać trzy celne strzały. I to dopiero za trzecim podejściem. Od tej pory wyjaśnienie sprawy zabójstwa JFK stało się jego życiową misją. W toku swego wnikliwego i długotrwałego dochodzenia, doszedł on do następującego wniosku: 

rzeczywistym (choć przypadkowym) zabójcą albo współzabójcą prezydenta był niejaki George Hickey (1923-2005), agent Secret Service (amerykański odpowiednik BOR-u), który jechał w jednej z limuzyn feralnego konwoju.

Donahue oparł ten wniosek min. na następujących przesłankach:

- Pocisk pełnopłaszczowy kalibru 6.5 mm wystrzelony z karabinu Carcano M91/38, którego użył Oswald, nie byłby w stanie, zwłaszcza przy wystrzale ze znacznej odległości, rozłupać czaszki osoby stanowiącej cel (abstrahując od faktu, że było mało prawdopodobne, że człowiek o umiejętnościach strzeleckich Oswalda - udokumentowanych z czasów jego służby wojskowej, co najwyżej średnich - byłby w stanie dwukrotnie trafić JFK w tamtych okolicznościach). Ta pochodząca jeszcze z czasów Drugiej Wojny Światowej broń włoskiej produkcji była zaprojektowana w ten sposób, aby nie zabijać przeciwnika a jedynie go unieszkodliwiać, dając mu szansę na przeżycie. Ponad wszelką wątpliwość, pocisk taki nawet gdyby uśmiercił prezydenta, przeszedłby przez jego głowę na wylot.

- Tenże pocisk, nawet gdyby utknął w głowie prezydenta, nie mógłby rozpaść się na wiele części. A to wykazała analiza zdjęć rentgenowskich głowy prezydenta, której dokonał dr James Humes, patolog ze szpitala Marynarki wojennej w Bethesda. To on przeprowadził sekcję zwłok prezydenta, kilka godzin po zamachu. Wskazał on na ok. czterdzieści różnej wielkości kawałków, nie przepuszczających promieniowania, rozsianych po całym mózgu. Zeznanie tej treści złożył przed Komisją Warrena, która jednak całkowicie je zignorowała.

- Rozłupać czaszkę i zabić ofiarę na miejscu mógł pocisk rozpryskowy kalibru 5.56 mm., którym ładowane były karabiny maszynowe AR-15, używane przez agentów Secret Service.

- Dziesięciu świadków podróżujących w kolumnie pojazdów, lub przez nią mijanych zeznało, że poczuło zapach prochu. Tego dnia wiatr wiał z prędkością 25km/s w kierunku od wiaduktu do składnicy a nie na odwrót. Okoliczność ta świadczy o tym, że dymiąca broń znajdowała się w którymś z samochodów konwoju.

Donahue napisał w tej sprawie list do Secret Service, w którym zapytał jakiej broni używali agenci ochraniający prezydenta w Dallas. Odpowiedź agencji była następująca - agenci używali wyłącznie rewolwerów, których nie użyli w czasie całej akcji. Kłam temu oświadczenie zadaje jednak jedno ze zdjęć, na którym widać wyraźnie, że agent George Hickey jadący w drugiej limuzynie za prezydencką, trzyma w rękach karabin AR-15.

Wg. Donahue przebieg wydarzeń był następujący. Po usłyszeniu strzałów oddanych przez Oswalda, agenci Secret Service poderwali się i zaczęli rozglądać. Hickey położył palec na spuście swojego karabinu i go odbezpieczył, jednak po chwili gdy kierowcy zorientowali się co się stało, dość gwałtownie przyspieszyli. Hickey opadł na siedzenie w wyniku zrywu samochodu do ruchu a jego palec mimowolnie pociągnął za spust. Kula przeleciała nad głowami agentów znajdujących się w drugim samochodzie i trafiła siedzącego w trzecim pojeździe JFK w głowę. Hipoteza ta została podparta przez Donahue szeregiem eksperymentów, analiz i badań. Zostały one zebrane i opisane w wydanej w 1992 r. książce pt. "Mortal Error", pióra Bonara Menningera, wraz ze wszystkimi informacjami przekazanymi przez Donahue. On sam nie wyklucza, że JFK zabił poprzedni strzał Oswalda, który przeszedł przez szyję prezydenta. Nie odnosi się również w żaden sposób do tego, czy Oswald działał w ramach jakiegoś spisku, czy też samodzielnie.

Gdyby teoria Donahue była prawdziwa, tłumaczyłoby to niechęć władz amerykańskich do ujawniania całości materiałów sprawy. Przypadkowe zabójstwo prezydenta kraju przez jednego z jego ochroniarzy byłoby olbrzymią kompromitacją.

/źródło: Paweł Łepkowski, "Przypadkowa Kula" - Uważam Rze HISTORIA, nr 56, listopad 2016/ 

Zgoda


Nigdy chyba nie usłyszałem takiej ciszy po seansie, jak po projekcji filmu pt. "Zgoda". Kilkanaście osób zgromadzonych w sali warszawskiego kina Wisła opuszczało ją w całkowitym milczeniu. Świeża produkcja w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego ukazuje rzeczywistość Śląska końca wojny, przenosząc widza do wnętrza jednego z polskich obozów karnych przeznaczonych dla Niemców, Ślązaków i Polaków uznanych za wrogów władzy ludowej. Kanwą opowieści jest mgliście zarysowany trójkąt miłosny Polaka, Polki i Niemca, którzy niegdyś mieszkali w jednej wsi a następnie trafili za druty kolczaste w różnych rolach - Polak jako strażnik, Polka i Niemiec jako więźniowie. Treścią tego obrazu jest gehenna więźniów, na których polsko-żydowska załoga obozu mści się za zbrodnie dokonane przez Niemców w czasie kończącej się wojny. Film ukazuje zarówno okrucieństwo i postępującą degenerację zwycięzców jak i straszny los pokonanych (niezależnie od ich winy lub jej braku). Pozostawia on spore pole dla widza w zakresie interpretacji, gdyż wiele wątków nie jest do końca wyjaśnionych. Od strony technicznej, utrzymany jest w bladej tonacji, zapisany na jakby wyblakłej taśmie filmowej. W dobie dominacji heroicznej wersji historii i ścisłego zespolenia jej z propagandą, "Zgoda" jest bez wątpienia perełką, którą docenią wszyscy Ci, którzy dążą do poznania historii prawdziwej, nawet jeśli niewygodnej. W tym zakresie, film ten stanowi bardzo dobre uzupełnienie "Wołynia" Wojciecha Smażowskiego. Wszystkich, którzy chcieliby zgłębić tematykę obozu w Świętochłowicach i innych licznych placówek tego typu we wczesnej Polsce Ludowej odsyłam do książki autorstwa Johna Sacka, pt. "Oko za oko", opowiadającej o powojennej działalności żydowskich oficerów UB, którzy mścili się na Niemcach osadzonych w licznych obozach na Śląsku, budowanych nierzadko na bazie dawnych tego typu placówek niemieckich.

Jose i Irma


Huragan Jose właśnie umiera u wybrzeży Massachusetts. Choć zachowywał się dziwnie i nieobliczalnie, nie wywołał większych szkód. Podążał za straszliwą Irmą, jednak jakby pchnięty Bożym palcem, skręcił nagle tuż przed umęczoną Barbudą na północ by rozładować swą wściekłość nad oceanem. Wysokie fale podniesione przez jego resztki zalały kawałek drogi międzystanowej w Północnej Karolinie, jednak poważnych zniszczeń nie było wcale.

Koniec sekwencji trzech huraganów nad Karaibami (Katia, Irma, Jose), dość szeroko relacjonowanej przez polskie media, skłonił mnie aby co nieco poczytać o tym zjawisku. Jest to wiedza szeroka i fascynująca, jak się jednak okazuje, nie warto jej czerpać z naszych serwisów informacyjnych. Przez cały czas trwania niszczycielskiej podróży Irmy, miałem wrażenie, że jest ona prezentowana jako największy, najstraszniejszy i najsilniejszy huragan jaki kiedykolwiek odnotowano. To zupełna nieprawda.

Trudno jest ocenić jednoznacznie huragan, gdyż ma on wiele cech, zarówno fizycznych jak i pozafizycznych (np. trasę którą się porusza). W różnych kategoriach, różne huragany zdobywały palmę pierwszeństwa, jednak Irma w żadnej z nich nie zdeklasowała konkurencji. Najbardziej intensywnym odnotowanym huraganem była Wilma z 2005 r., wewnątrz której ciśnienie atmosferyczne było najniższe ze zbadanych i wyniosło 882 hPa (dla porównania Irma osiągnęła wynik "zaledwie" 914 hPa i nie zmieściła się nawet w pierwszej dziesiątce złowieszczych rekordzistów). Jeśli chodzi o prędkość wiatru wewnątrz huraganu, palmę pierwszeństwa dzierży huragan Allen z 1980 r., w którego wnętrzu powietrze poruszało się z przerażającą prędkością 305 km/h (tutaj Irma zajmuje silne drugie miejsce, ex aequo z trzema innymi huraganami, z wynikiem 295 km/h). W rankingu huraganów o największym potencjale destrukcji (na który składa się wiele czynników i parametrów) na pierwszym miejscu lokuje się huragan Carla z 1961 r. Jeśli chodzi o rozmiar, miejsce pierwsze w rankingu wszech czasów zajmuje huragan Sandy z 2012 r., którego średnica wyniosła 1520 km (Irma, w tej kategorii nie mieszcząca się w pierwszej piątce, miała średnicę 676 km). W kategorii kosztów strat spowodowanych przez huragan, miejsce pierwsze zajmuje sławny huragan Katrina - szkody przez niego spowodowane wyniosły 108 mld $ (Irma ma na koncie niecałe 63 mld $ co jest czwartym wynikiem na liście). I w końcu chyba najbardziej wymowny wskaźnik, mówiący o niszczycielskim działaniu huraganu, a mianowicie ilość śmierci przez niego spowodowanych. Choć oczywiście życie ludzkie jest bezcenne i nie należy go przeliczać na sztuki, statystyka ma swoje prawa - Irma zabrała z tego świata 102 ludzkich istnień. W tej kategorii, wypada ona bardzo blado. Najstraszniejszym huraganem, o którym wiadomo był nienazwany, wielki huragan z 1780 r., który spustoszył Antyle. Wg ustaleń historyków, uśmiercił on ponad 22 000 ludzi. Na drugim miejscu plasuje się huragan Mitch - w 1998 r. uderzył on w Amerykę Środkową i zebrał żniwo 19 325 ofiar.

Reasumując - choć oczywiście Irma wyrządziła ogromne spustoszenia a mieszkańcy Małych Antyli przeżyli wielką tragedię, której ze wszech miar należy im współczuć, Irma nie była absolutnie największym i najbardziej niszczycielskim huraganem w historii.

A na koniec ciekawostka. Bardzo interesującą konkurencją, w której rywalizują huragany jest produkcja tornad. Tutaj rekordzistą jest huragan Ivan z 2004 r., który spowodował ich aż 120.

/powyższe statystyki dotyczą huraganów, jak zwykło się nazywać tropikalne burze powstające nad Atlantykiem. Te które powstają nad Pacyfikiem zwą się tajfunami i mają swoją odrębną "ligę". Na zdjęciu pozostałości huraganu Jose, źródło: NASA's Hurricane Web Page/

Aktualizacja, 3 października 2017 r.:

Akt zgonu huraganu Jose został wydany z datą 26 września 2017 r. Niestety, niedługo przed zniknięciem, zdołał on zabrać ze sobą na tamten świat jedną jedyną ofiarę. Była nią 42-letnia kobieta, pochodząca ze wsi Harriman w stanie Nowy York, niejaka Erin Higgins, pracowniczka społeczna szpitala psychiatrycznego Hudson Valley Mental Health w Beacon (stan Nowy York). 23 września 2017 r., ok. godziny trzeciej po południu, zażywała kąpieli w morzu, w miejscu, w którym woda sięgała średniego wzrostu osobie do piersi, przy plaży w miejscowości Asbury Park (stan New Jersey). Towarzyszył jej 54-letni Ronald Renshtie ze wsi Walkill (stan Nowy York). W pewnym momencie oboje zostali porwani przez silny prąd strugowy, będący daleką pochodną działania huraganu Jose. Renshtie zdołał go przezwyciężyć, dopłynąć do brzegu i wezwać pomoc. Higgins cały czas jednak pozostawała w wodzie, stale odpychana od brzegu. Po wydobyciu przez przybyłych na pomoc strażaków, była nieprzytomna, jednak jej puls był wyczuwalny. Została niezwłocznie przewieziona do szpitala, gdzie następnego dnia zmarła. Gdy wydawało się, że ekscentryczny, wydający się tajemniczym cieniem straszliwej Irmy Jose opuści ten padół nie biorąc ofiary krwi, on postanowił powiedzieć ostatnie słowo. Wieczny spokój zmarłej.

Trasa huraganu Jose

Osobliwy pracodawca



Otto Skorzeny pozostaje jednym z najlepiej znanych żołnierzy Adolfa Hitlera. Nieustraszony komandos a zarazem gorliwy nazista przeszedł do historii dzięki kilku brawurowym akcjom, którymi dowodził w czasie II Wojny Światowej. Odbicie z rąk aliantów Mussoliniego czy uprowadzenie syna admirała Horthy’ego zapewniły mu na zawsze miejsce w historii największego konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Niedawno jednak, za sprawą opiniotwórczej izraelskiej gazety Haaretz, światło dzienne ujrzały szczegóły, dzięki którym jego biografia wzbogaciła się o dodatkowy, bardzo zaskakujący rozdział. Wiele lat po wojnie pierwszy komandos Hitlera podjął pracę u najbardziej chyba nieoczekiwanego pracodawcy - izraelskiego wywiadu Mossad.

Otto Skorzeny urodził się w 1908 r. w Wiedniu, w średniozamożnej rodzinie, przywiązanej do patriotycznych tradycji Imperium Austo-Węgierskiego. Od dzieciństwa wykazywał się odwagą i śmiałością, wysoką sprawnością fizyczną a zarazem umiejętnością snucia złożonych, nieprawdziwych opowieści, którymi sprawnie zwodził ludzi. Wszystkie te umiejętności będzie w przyszłości umiejętnie wykorzystywać. Od młodości czuł się Niemcem, czemu dał wyraz wstępując do austriackiej sekcji NSDAP oraz do jej bojówki SA. Z entuzjazmem witał niemieckie wojska, które zajęły Austrię w 1938 r. Gdy w 1939 r. Niemcy uderzyły na Polskę, Skorzeny porzucił pracę w firmie budowlanej i zgłosił się na ochotnika do 1 Dywizji Pancernej SS "Leibstandarte Adolf Hitler". Brał udział w działaniach wojennych w Polsce a potem w ZSRR. Znakomicie odnalazł się w roli dowódcy oddziałów komandosów, odnosząc spektakularne sukcesy. 


Odznaka dywizji Leibstandarde

We wrześniu 1943 r. zdobył wielką sławę, odbijając z rąk nowego rządu włoskiego dawnego faszystowskiego dyktatora Benita Mussoliniego. Grupa 26 komandosów SS (w tym Skorzeny) i 82 spadochroniarzy Luftwaffe wylądowała dziewięcioma szybowcami DFS-230 w dolinie pod masywem Gran Sasso, na którego szczycie, w hotelu Campo Imperatore więziony był włoski dyktator. Grupa operacyjna uwolniła Duce bez ani jednego wystrzału. Chociaż akcja była wspólnym dziełem generała Kurta Studenta, majora Otto-Haralda Morsa (obaj z Luftwaffe) oraz Skorzenego, to ten ostatni zebrał za nią całość sławy, odlatując z Mussolinim na pokładzie samolotu krótkiego startu i lądowania Fi-156 Storch. Maszyna ta, pilotowana przez znakomitego pilota Heinricha Gerlacha, wylądowała na łące przy hotelu. Pomimo jego protestów, Skorzeny nie chcąc wypuścić z rąk trofeum w postaci Mussoliniego wsiadł z nim na pokład, nadmiernie przeciążając maszynę, gdyż była to konstrukcja dwuosobowa. Samolot nie mógł nabrać wysokości a dodatkowo przy starcie uszkodzone zostało jedno z trzech kół jego podwozia. Jednak ostatecznie cała trójka dotarła bezpiecznie do wyznaczonego lotniska, gdzie Skorzeny z Mussolinim przesiedli się na pokład Heinkla-111 i przed obiektywami kamer wylądowali w Wiedniu. W przypisaniu tego sukcesu wyłącznie SS pomogli aktywnie Heinrich Himmler i Joseph Goebbels. Za akcję w Gran Sasso Skorzeny otrzymał Krzyż Rycerski i awans na stopień Sturmbannfuhrera (odpowiednik majora w SS). Warto też przypomnieć, że w trakcie wcześniejszych działań w ramach operacji uwolnienia Mussoliniego, samoloty którymi podróżował Skorzeny były dwukrotnie zestrzeliwane - on sam uszedł z życiem raz skacząc na spadochronie a za drugim razem, po wodowaniu, uratował go włoski niszczyciel. 


Skorzeny i Mussolini tuż po uwolnieniu go z hotelu Campo Imperatore

Fi-156 Storch, którym Skorzeny, Mussolini i Gerlach odlecieli z Gran Sasso



Szybowce DFS-230 w locie nad Włochami, w asyście Ju-87 Stuka

Drugą spektakularną akcją w wykonaniu Skorzenego było uprowadzenie pod koniec wojny syna regenta Węgier Miklosa Horthy'ego - tzw. operacja Eisenfaust. Węgierski przywódca widząc nieuchronną klęskę III Rzeszy rozpoczął tajne negocjacje pokojowe z ZSRR. Dzięki porwaniu Miklosa Horthy'ego juniora, Hitler mógł wymóc na węgierskim przywódcy rezygnację i zastąpić go Ferencem Szalasim z pronazistowskiej partii Strzałokrzyżowców. W wyniku tego wojska niemieckie walczące na Bałkanach nie zostały odcięte od dostaw, a wojska węgierskie walczyły u boku Niemiec na Słowacji i w Austrii do końca wojny. Oprócz tego, doszło do zagłady ok. 15.000 węgierskich Żydów. Za przeprowadzenie operacji Eisenfaust Skorzeny otrzymał awans na Obersturmbannfuhrera (podpułkownika).

Pod koniec wojny komando Skorzenego, złożone z żołnierzy znających angielski i przebranych w amerykańskie mundury, siało dywersję na tyłach wojsk alianckich posuwających się w głąb Francji z Normandii. On sam planował akcję zabicia gen. Eisenhowera jednak ten zarządził akcję jego poszukiwań na szeroką skalę, rozwieszając za nim listy gończe we francuskich miasteczkach (Skorzeny był wyróżniającą się postacią - miał prawie 2m wzrostu i charakterystyczną bliznę na policzku). W efekcie 23 żołnierzy Skorzenego zostało ujętych przez Amerykanów a 18 z nich rozstrzelanych jako szpiedzy za łamanie prawa wojennego poprzez noszenie mundurów wrogiej armii. Sam Skorzeny pojawił się jeszcze w styczniu i lutym 1945 r. w Prusach Wschodnich a następnie 17 marca 1945 r. próbował wysadzić ostatni most na Renie w miejscowości Remagen. Przed pojmaniem przez wojska alianckie, Hitler zdążył jeszcze odznaczyć Skorzenego dębowymi liśćmi do Krzyża Rycerskiego.

Otto Skorzeny wizytuje 500 batalion spadochronowy SS na Pomorzu

Po wojnie Skorzeny był więziony i sądzony  przez Amerykanów w tzw. procesach Dachau. Zarzuty wobec niego dotyczyły walki w mundurach wrogiej armii. 9 sierpnia 1947 r. został uniewinniony - sąd nie znalazł dowodów na to, że Skorzeny walczył z jednostkami amerykańskimi w mundurze amerykańskim a jedynie używał go jako kamuflażu w przedarciu się na tyły wroga, co wg sądu stanowiło legalny element sztuki wojennej. Oczekując w obozie przejściowym w Darmstadt na wynik procesu denazyfikacyjnego, Skorzeny uciekł z pomocą trzech byłych oficerów SS, przebranych w mundury amerykańskiej żandarmerii wojskowej, którzy rzekomo przyjechali po niego aby zabrać go na przesłuchanie do Norymbergi. Następnie ukrywał się w Bawarii, był widziany w Paryżu i w Austrii (gdzie spotykał się z weteranami SS) by w końcu używając paszportu bezpaństwowca przedostać się do Hiszpanii. Tam znalazł bezpieczny azyl i założył mała firmę budowlaną. Za życia stał się legendą. W czasie wojny określany przez wywiady brytyjski i amerykański jako najniebezpieczniejszy człowiek w Europie był bohaterem dla licznych niedobitków nazizmu, z którymi utrzymywał rozległe kontakty. Zajął się także pisaniem wspomnień, w których min. intensywnie wybielał  swoją rolę w działaniach wojennych. Ich publikacja przez francuski dziennik Le Figaro doprowadziła do zamieszek ok. 1500 komunistów francuskich pod jego redakcją.

Skorzeny Odwiedzał także Argentynę i Egipt, gdzie doradzał tamtejszym władzom w zakresie bezpieczeństwa. W tym drugim państwie poznał niemieckich oficerów zatrudniających jako ekspertów niemieckich naukowców, pracujących w czasie wojny nad rakietami V-1 i V-2 zaangażowanych w rozwój egipskiego programu rakietowego.

Mossad od jakiegoś czasu planował zabicie Skorzenego czego on sam się domyślał. Jednak szef agencji Iser Harel wpadł na inny pomysł - zamiast zabijać legendarnego komandosa, postanowił go zwerbować. Szalony na pozór pomysł miał w pełni logiczną podbudowę. Program rakietowy Egiptu stanowił bezpośrednie zagrożenie dla Izraela a jego ważną częścią byli niemieccy naukowcy, nienawidzący Żydów. Aby przeniknąć do tego środowiska Mossad potrzebował nazisty. I to takiemu, któremu inni naziści zaufają. A Skorzeny był dla niedobitków nazizmu ikoną.

Iser Harel

Do zadania tego wyznaczony został agent Mossadu Yosef Raanan. Tak jak Skorzeny, urodził się w Austrii, jako Kurt Weisman. W 1938 r. w ostatniej chwili uciekł z rodziną do Palestyny. Tam chcąc walczyć z Niemcami wstąpił do RAF. W 1947 r. po powstaniu niepodległego Izraela, zgodnie z panującym wtedy trendem, zmienił imię i nazwisko na hebrajskie. W 1957 r. został zwerbowany przez Mossad i wysłany do Niemiec w celu infiltracji środowiska niemieckich naukowców, którzy kursowali między Berlinem a Kairem. To on zasugerował szefowi agencji zwerbowanie Skorzenego.

Po miesiącach obserwowania i podsłuchiwania obiektu w Hiszpanii, Mossad przystąpił do werbunku. Pewnego wieczora w pierwszych miesiącach 1962 r. Skorzeny ze swą młodą żoną Ilse von Finckenstein (nota bene krewną Hjalmara Schachta, ministra finansów Rzeszy) odpoczywał w ekskluzywnym barze hotelowym w Madrycie. W pewnym momencie barman przedstawił im inną parę, która akurat przebywała w tym samym lokalu. Była to piękna kobieta ok. dwudziestki i jej dobrze ubrany partner, ok. czterdziestki. Oboje mówili po niemiecku z austriackim akcentem, tak samo jak Skorzeny. Opowiedzieli, że padli ofiarą kradzieży kieszonkowej i stracili wszystko co mieli przy sobie - dokumenty i pieniądze. Byli tak czarujący, że Skorzeny zaprosił w końcu nowopoznanych do spędzenia nocy w jego willi. Po dotarciu do niej Skorzeny jednak natychmiast dał do zrozumienia, że nie stracił czujności. Wyciągnął pistolet i skierował go w stronę gości, oznajmiając im, że dobrze wie kim są. "Jesteście z Mossadu i przyszliście mnie zabić". Mężczyzna odpowiedział spokojnie "Ma pan rację w połowie. Jesteśmy z Mossadu, ale gdybyśmy chcieli pana zabić, stałoby się to już kilka tygodni temu". Skorzeny odpowiedział "A może po prostu ja Was zabiję?". Kobieta odpowiedziała komandosowi "Jeśli nas zabijesz, przyjdą następni, którzy nie będą się silili na picie drinków z Tobą. Nie ujrzysz nawet ich twarzy za nim Twój mózg eksploduje. A my tylko chcemy abyś nam pomógł". Skorzeny nie opuszczając pistoletu, zapytał o jaką przysługę chodzi. Agent Mossadu odpowiedział, że Izrael potrzebuje informacji, które Skorzeny może pomóc zdobyć a za które Mossad może dobrze zapłacić. "Pieniądze mnie nie interesują. Mam ich wystarczająco wiele." Ku zaskoczeniu agentów Mossadu Skorzeny zażądał aby jego nazwisko zostało usunięte z listy zbrodniarzy wojennych Szymona Wiesenthala, żydowskiego łowcy nazistów. "Jasne, to da się załatwić" usłyszał w odpowiedzi. Wówczas opuścił pistolet a obaj mężczyźni podali sobie dłonie.

Szymon Wiesenthal

Żądanie Skorzenego wynikało wprost z jego obawy o swoje życie. Każdy umieszczony na liście Wiesenthala był potencjalnym celem dla Mossadu. Świeże było wspomnienie uprowadzenia przez Izrael Adolfa Eichmanna, którego długa ręka Mossadu dosięgła w Argentynie. Sam Skorzeny choć w swych pamiętnikach zaprzeczał aby brał udział w jakichkolwiek zbrodniach, mógł mieć wiele na sumieniu, gdyż jako członek SS brał udział w działaniach wojennych w Polsce i ZSRR, gdzie jego formacja dokonywała straszliwych zbrodni na jeńcach i ludności cywilnej. Agenci Mossadu z pewnością nie wierzyli w jego zapewnienia, jednak w tej konkretnej sprawie wykazali się pełnym profesjonalizmem - pomimo odrazy, mieli na względzie wyższy cel operacji. 

I tak zaczęła się niezwykła współpraca byłego SS-mana z Mossadem. Jej pierwszy etap obejmował wizytę Skorzenego w Izraelu. Jego opiekunem w czasie jej trwania był Raanan. Skorzeny został przedstawiony Harelowi, przez którego został przesłuchany i otrzymał od niego instrukcje i wskazówki. Wizyta obejmowała także odwiedziny w muzeum instytutu Yad Vashem, poświęconym 6 milionom ofiar Holokaustu. Skorzeny oglądał ekspozycję w skupieniu i wydawało się, że okazywał szacunek. Tam doszło do niezwykłego zdarzenia. Jedna z obecnych w instytucie osób, które przeżyły Holokaust pokazała Niemca palcem i powiedziała "zbrodniarz wojenny". Raanan natychmiast zareagował jak rasowy agent odpowiadając "Mylisz się. To mój krewny, który tak jak ja został ocalony z Holokaustu".

Skorzeny szybko dał się poznać jako lojalny i gorliwy współpracownik. Poleciał do Egiptu i zebrał dane wielu niemieckich naukowców, pomagających w rozwoju programu rakietowego. Przekazał także Mossadowi listę firm europejskich, które dostarczały Egiptowi potrzebnych do jego rozwoju materiałów, części i technologii. Zaskoczył Mossad swoją inwencją i aktywnością - w czasie podróży do Egiptu wysyłał paczki z bombami. Jedna z nich zabiła pięciu Egipcjan w placówce nr 333, gdzie pracowali niemieccy naukowcy. Osobiście zastrzelił także Heinza Kruga - niemieckiego naukowca z zespołu Wernera von Brauna, który w czasie Drugiej Wojny Światowej w ośrodku badawczym w Pennemunde pracował nad niemiecką bronią rakietową. Krug odrzucił propozycję swego dawnego szefa, który chciał go ściągnąć do pracy dla NASA i wybrał inną drogę, bardziej atrakcyjną dla zagorzałego nazisty, którym był - dołączył do zespołu profesora Wolfganga Pilza (swego mistrza), pracującego dla Egiptu, wówczas głównego wroga znienawidzonego przez niemieckiego naukowca państwa żydowskiego.  Krug podróżował często między Monachium a Kairem, czym szybko zwrócił uwagę. Zaczął otrzymywać liczne pogróżki od Mossadu, które wprawiały go w rozstrój psychiczny. W pewnym momencie, zwrócił się o pomoc do Skorzenego, który dla nazistów był bohaterem a dla Kruga nadzieją na ocalenie. Przyjął go w swoim biurze w Monachium, przekonany że wspólnie opracują strategię ochrony naukowców niemieckich w Europie pracujących przeciwko Izraelowi. Skorzeny zaproponował mu przejażdżkę swoim Mercedesem za miasto, w celu odbycia bezpiecznej rozmowy w lesie. Jednocześnie poinformował pasażera, że zorganizował także zabezpieczenie w postaci trzech ochroniarzy, którzy podróżowali w drugim samochodzie, który zaczął podążać za nimi. Gdy dojechali na miejsce, Skorzeny bez słów wyjął pistolet i zastrzelił Kruga. Trzej agenci Mossadu obecni przy egzekucji (jednym z nich był późniejszy premier Izraela Icchak Szamir) zakopali jego zwłoki w ziemi, uprzednio polewając je kwasem a następnie skrapiając prowizoryczną mogiłę sokiem z cytryny, w celu zmylenia psów policyjnych oraz dzikich zwierząt.

Kampania skierowana przeciw niemieckim naukowcom pracujących dla Egiptu (w nomenklaturze Mossadu określana jako Operacja Damokles) przyniosła dobre efekty. Większość z nich opuściła Egipt i zakończyła współpracę tym państwem. Jednak ze względu na straty wizerunkowe (po wpadkach niektórych zespołów agentów) oraz ryzyko pogorszenia stosunków z RFN (która sprzedawała Izraelowi broń), premier Izraela David Ben Gurion nakazał zakończenie tej operacji. Harel złożył wówczas rezygnację ze stanowiska dyrektora Mossadu, którą ku jego zaskoczeniu Ben Gurion przyjął. Kolejny szef agencji, gen. Meir Amit obrał już inne priorytety niż eliminację pozostałych przy życiu nazistowskich zbrodniarzy.

Żądanie Skorzenego nigdy nie zostało spełnione - Wiesenthal nie usunął jego nazwiska ze swojej listy. Mossad nie mogąc go do tego przekonać, spreparował fałszywy list od łowcy nazistów do Skorzenego, informujący o spełnieniu jego życzenia. Niezależnie od powyższego Skorzenemu do końca życia włos z głowy nie spadł - zmarł na raka w 1975 r. w Madrycie. Miał dwa pogrzeby - jeden w Madrycie a drugi w Wiedniu. Oba zgromadziły dużą ilość nazistów, którzy otwarcie okazywali gest hitlerowskiego pozdrowienia a jego medale i odznaki, z których wiele zawierało na sobie swastykę, były dumnie prezentowane. Wśród tłumów była jedna osoba, która nie pasowała do tego towarzystwa. Był to Yosef Raanan jego były oficer prowadzący, który wówczas był już jedynie przedsiębiorcą w Izraelu. W pogrzebie zdecydował się wziąć udział prywatnie, na własną rękę organizując lot i pokrywając wydatki z własnej kieszeni.


Wydarzenia te zreferowali dziennikowi Haaretz dwaj byli agenci Mossadu, którzy zastrzegli sobie anonimowość. Jednak ze względu na poważny charakter tego opiniotwórczego tytułu, można traktować ten przekaz jako wiarygodny.

Jakie były motywacje Skorzenego? Możemy jedynie spekulować, że była to kombinacja trzech przyczyn. Po pierwsze ulubiony komandos Hitlera kupował ubezpieczenie na życie. Doskonale wiedział, że znajduje się na liście potencjalnych celów Mossadu a jego zabójstwo jest prawdopodobne. Po drugie zapewne brakowało mu emocji i adrenaliny, chciał brać udział w ryzykownych akcjach i mieć wpływ na bieg historii, co było naturalne dla dowódcy komandosów. Po trzecie być może odczuwał wyrzuty sumienia z powodu wyborów których dokonał w życiu i chciał w jakimś sensie odpokutować za błędy młodości. O tym ostatnim możemy jednak tylko domniemywać, gdyż Skorzeny zabrał swoje tajemnice do grobu.

/źródła: haaretz.com, en.wikipedia.org/

Rasistowski filosemita


Ameryka Łacińska to rejon, w którym rządy dyktatorskie znajdowały w przeszłości wyjątkowo dobre warunki do rozwoju. Najbardziej znanymi dyktatorami z tamtego zakątka globu byli prawicowy (faszystowski) generał z Chile Augusto Pinochet oraz lewicowy (komunistyczny) rewolucjonista Fidel Castro, obaj ze względu na rolę jaką odegrali w historii świata. Jednak na tle lokalnym, nie byli oni odosobnionymi ani jaskrawymi przypadkami jeśli chodzi metody sprawowania władzy. 

Wśród wielu dyktatur Ameryki o palmę pierwszeństwa w dziedzinie okrucieństwa i bezwzględności może śmiało ubiegać się dyktator Dominikany, Rafael Trujillo. Niektóre szacunki przypisują mu odpowiedzialność za zabicie ok. 50 000 ludzi. Był wyjątkowo paskudną postacią. Jego rządy cechowała niezwykła brutalność wobec opozycji, animowanie kultu jednostki (tj. siebie samego) oraz pazerność i korupcja.  Trujillo był też zagorzałym rasistą, bezwzględnie dążącym do "wybielenia" społeczeństwa (pomimo, że sam był mulatem, co skrzętnie ukrywał), prześladującym okrutnie czarnoskórą mniejszość haitańską. Było jednak coś w obrazie dominikańskiego polityka, co nie pasowało do powyższego, zwyczajowo ustalonego pakietu poglądów. Trujillo był bowiem filosemitą. Nie był to z resztą jedyny element, który nie pasował do ponurego całokształtu jego rządów.

Rafael Leónidas Trujillo Molina urodził się w 1891 r. w dominikańskim mieście San Cristobal. Jego ojciec był sierżantem hiszpańskiej armii. Jego matka była pochodzenia haitańskiego, w połowie francuskiego, w połowie mulackiego. W 1916 r. USA zaanektowały Dominikanę w obliczu gróźb niespłacenia jej długu zagranicznego. W celu utrzymania porządku, Amerykanie sformowali gwardię narodową, rekrutującą się z miejscowych. W 1918 r. Trujillo wstąpił w jej szeregi. W ciągu zaledwie dziewięciu lat został jej naczelnym dowódcą. W 1930 r., sześć lat po opuszczeniu kraju przez Amerykanów, w Dominikanie doszło do zamachu stanu. Przeciwko konserwatywnemu prezydentowi Horacio Vasquezowi wystąpił Rafael Estrella Ureña, który porozumiał się z Trujillo. Panowie zawarli umowę - za cenę "neutralności" w czasie przewrotu, Ureña zgodził się aby generał kandydował potem na prezydenta republiki. Tak też się stało. Gdy rebelianci ruszyli na ulice stolicy Santo Domingo, wojsko pozostało w koszarach. W efekcie prezydent Vasquez udał się na wygnanie, Ureña mianował się prezydentem tymczasowym natomiast Trujillo otrzymał tytuł głównodowodzącego wojska i policji oraz nominację prezydencką tzw. Patriotycznej Koalicji Obywatelskiej. Konkurencyjnym kandydatom armia szybko wyperswadowała nie przebierając w środkach aby wycofali się z wyścigu wyborczego. Z kolei amerykański ambasador w Santo Domingo informował centralę w jednej ze swych depesz, że Trujillo otrzymał w wyborach więcej głosów, niż liczyła populacja Dominikany... (Ureña został wiceprezydentem, jednak już w 1932 r. złożył rezygnację).

Tuż po objęciu przez Trujillo rządów, niewielki lecz bardzo intensywny huragan San Zenon spustoszył Dominikanę, zabierając ze sobą kilka tysięcy ludzkich istnień i powodując ogromne straty materialne. Nowy prezydent wykorzystał tę okazję do wprowadzenia stanu wojennego, który ułatwił mu rozprawienie się z niedobitkami opozycji. Jedyną legalną polityczną partią na Dominikanie pozostała Partia Dominikany, do członkostwa w której zmuszano wszystkich dorosłych obywateli. Ci, którzy odmawiali, często ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. W 1934 r. Trujillo został ponownie wybrany na prezydenta, jako jedyny kandydat. Jego rządy cechowały morderstwa na tle politycznym, cenzura oraz kult jednostki. Stolica kraju Santo Domingo została przemianowana na Ciudad Trujillo a prowincja San Cristobal na Trujillo. Jego posągi rosły na wyspie jak grzyby po deszczu, a każda gazeta miała obowiązek zamieszczać na pierwszej stronie hasła sławiące prezydenta. Również wszystkie kościoły na wyspie miały obowiązek wywiesić transparenty o treści "Bóg w niebie, na Ziemi Trujillo". Specjalna grupa o kryptonimie "czterdziestu dwóch", mająca za zadanie egzekucje wskazanych przez prezydenta (mianowanego już przez samego siebie na Generalissimusa) wyruszała na łowy swoimi czerwonymi samochodami marki Packard, zwanymi przez obywateli "samochodami śmierci". 

Najstraszniejszym epizodem rządów Trujillo była tzw. "Masakra Pietruszki", kiedy to na rozkaz osobiście wydany przez dyktatora, armia dominikańska i wspierające ją uzbrojone bojówki dokonały pogromu imigrantów z Haiti przebywających na przygranicznych terenach. Oba kraje miały napięte stosunki i historyczne zaszłości (Haiti okupowało Dominikanę w latach 1822-1844). Biedni imigranci z francuskojęzycznej części Hispanioli przybywali licznie do zachodniej Dominikany aby pracować w rolnictwie. Trujillo nienawidził czarnych Haitańczyków a jego obsesją było wybielenie społeczeństwa (siebie samego przy okazji - do oficjalnych zdjęć pozował z wybieloną pudrem skórą, by ukryć dziedzictwo swojej matki). 2 października 1937 r., pod pretekstem zapobieżenia kradzieży bydła przez Haitańczyków, rozpoczęła się masakra - czarnoskórym mieszkańcom pogranicza, których narodowość budziła wątpliwość, pokazywano pęczki pietruszki. Ich los był uzależniony od tego jak wypowiedzą hiszpańskie słowo perejil oznaczające tę roślinę. Był to tzw. szybolet. Jeśli wypowiadali go z francuska, z głoską "ż" zamiast niemego "h", byli mordowani na miejscu, głównie za pomocą maczet, siekier i noży, aby z zewnątrz wydarzenia te wyglądały jak spontaniczny chłopski zryw, dokonany bez wiedzy i udziału władz. Masakra trwała do 8 października 1937 r. kiedy to Trujillo rozkazał jej przerwanie - jednak morderstwa na mniejszą skalę wciąż miały miejsce, także w głębi kraju. Do dziś nie wiadomo ilu ludzi zginęło w wyniku pogromu. Szacunki z różnych źródeł wahają się między liczbą od ok. 1000 (konsul USA z haitańskiego miasta Cap-Haitien) do 12 000 zabitych (MSZ Haiti). Szczegółowa weryfikacja wydarzeń jest niemożliwa ponieważ nigdy nie odnaleziono żadnego masowego grobu ani nie zachowały się żadne zeznania naocznych świadków masakry. Znamiennym jest jednak to, że Trujillo przyznał się pośrednio do jej autorstwa - gdy prezydent USA Franklin D. Roosevelt poparł żądanie wypłacenia 750 000 dolarów odszkodowania wysunięte przez prezydenta Haiti Stenio Vincenta (nota bene utrzymującego wcześniej dość dobre relacje z sąsiadem ze wschodu). Dominikana przekazała Haiti 2/3 tej kwoty. 

Trujillo rządził Dominikaną jeszcze długo, bezpośrednio jako prezydent lub jako generalissimus za pomocą marionetek sprawujących fasadowy urząd prezydenta. Ściągnął na siebie gniew i nienawiść wielu społeczeństw i przywódców krajów basenu Morza Karaibskiego. Fidel Castro próbował dać faszystowskiemu dyktatorowi nauczkę, jednak wysłana na Dominikanę grupa dywersyjna została rozbita przez armię Dominikany. Sam Trujillo nie pozostawał biernym - zorganizował np. zamach (nieudany) na znienawidzonego przez siebie prezydenta Wenezueli Rómulo Betancourta, co ściągnęło na niego wściekłość państw członkowskich Organizacji Państw Amerykańskich. USA z coraz większym niepokojem przyglądało się swojemu satelicie, a wśród doradców w białym domu narastało przekonanie, że dalsze rządy Trujillo mogą doprowadzić do powtórzenia na Dominikanie rewolucji na wzór kubański.

Trujillo z prezydentem Nikaragui Anastasio Somoza, 1952 r.

30 maja 1961 r. Trujillo zginął w zamachu, gdy jego samochód wpadł w zasadzkę na przedmieściach Santo Domingo. Spisek został zawiązany przez kilku generałów armii dominikańskiej a jego wykonawcami byli żołnierze. Pomimo zabicia dyktatora, spiskowcy ponieśli klęskę - w wyniku natychmiastowej reakcji okrytego złą sławą wywiadu wojskowego SIM, dowodzonego przez pretorianina Trujillo Johnny'ego Abbesa, większość spiskowców została uwięziona, a następnie po brutalnych torturach zamordowana. Z siedmiu bezpośrednich zabójców Trujillo tylko jeden, Antonio Imbert Barrera, skutecznie ukrył się przed SIM i przeżył obławę. Do dziś spekuluje się o udziale USA w zamachu na Trujillo. Sam Imbert utrzymywał, że grupa działała na własną rękę, jednak CIA komentowało po latach tę sprawę w sposób, który pozostawiał nieco miejsca na domysły - agencja miała rzekomo "słaby kontakt" ze spiskowcami. Choć Dominikana pozostała w rękach brutalnej junty, rodzina dyktatora została zmuszona do opuszczenia kraju. Zabrała ze sobą trumnę ze zwłokami Trujillo, który ostatecznie spoczął na cmentarzu El Pardo pod Madrytem (ciekawostka - choć Trujillo nominalnie był katolikiem, w rzeczywistości podobno wyznawał lokalną religię etniczną).

Trujillo był niewątpliwie mroczną postacią, jednak w jego życiorysie jest epizod, który wielu może szokować. W lipcu 1938 r. z inicjatywy prezydenta Roosevelta, we francuskim miasteczku Evian odbyła się międzynarodowa konferencja, na której miano ustalić kroki, w związku z prześladowaniami Żydów przez reżim Hitlera. On sam zadeklarował przed jej rozpoczęciem, że jeżeli znajdą się kraje, które zechcą przyjąć niemieckich Żydów, Niemcy pomogą im wyjechać. I chociaż konferencja poniosła fiasko, czego wynikiem była późniejsza zagłada większości Żydów na kontynencie europejskim, Dominikana zaznaczyła na niej swoją obecność w niezwykły sposób - kraj ten zadeklarował chęć przyjęcia 100 000 żydowskich uchodźców, oferując im hojne wsparcie finansowe. W 1940 r. Trujillo przekazał na potrzeby osadnictwa żydowskiego 26 000 akrów ziemi w okolicach miasta Sosua. Z tej oferty skorzystało zaledwie ok. 800 Żydów, którzy następnie w większej części wyjechali do USA. Ślady ich obecności w mieście są jednak widoczne do dziś - jest w nim synagoga, ulice mają żydowskich patronów a działająca wciąż fabryka wyrobów mlecznych w tym mieście została założona właśnie przez uciekinierów z Niemiec. Co równie ciekawe - Trujillo z otwartymi rękoma przyjmował także uchodźców z Hiszpanii, którzy w wojnie domowej walczyli po stronie wojsk Republiki, a zatem mogłoby się wydawać, w obronie wartości przeciwnych tym, które wyznawał dyktator. I jeszcze jedna ciekawostka - po drugiej wojnie światowej, Trujillo przyjął jeszcze jedną falę emigrantów, tym razem z Japonii. Wszystko to po to, by zmniejszyć w społeczeństwie udział znienawidzonych, czarnych Haitańczyków.

Spotkanie graniczne z prezydentem Haiti Stenio Vincentem, 1933 r.

Ale i tu pojawia się pewna wątpliwość co do ideologii wyznawanej przez generała - choć sam nie interesował się on popularnym na Karaibach baseballem, zapraszał do Dominikany klasowych czarnoskórych zawodników i stwarzał im znakomite warunki do rozwoju kariery. Jednym z nich był np. Satchel Paige, gwiazda amerykańskiej Negro League (w USA do 1947 r. w baseballu panowała pełna segregacja rasowa). Został bohaterem drużyny Los Dragones z Ciudad Trujillo, całkowicie wolnej od rasistowskich ograniczeń. 

Trujillo dbał też o ekologię, co zwłaszcza w tamtych czasach było niecodzienne. Utworzył na Dominikanie pierwszy park narodowy, zakazał karczowania lasów za pomocą wypalania, powołał do życia agencję ds. lasów mającą na celu ich ochronę oraz interesował się elektrowniami wodnymi jako potencjalnymi źródłami energii elektrycznej. Po jego śmierci sytuacja ekologiczna Dominikany uległa pogorszeniu. 

W końcu, korzystając co prawda z korzystnej koniunktury gospodarczej (i przy okazji defraudując ogromne kwoty wyprowadzając je do własnego majątku), Trujillo spłacił zadłużenie zagraniczne Dominikany i zmodernizował kraj, budując szkoły, szpitale, budynki mieszkalne oraz autostrady.

Jednym z paradoksów historii jest to, że nawet wielcy zbrodniarze mogą pozostawić po sobie odrobinę dobra. Takim właśnie przypadkiem był Rafael Trujillo.

W przeciwnym kierunku



Koreańska Republika Ludowo Demokratyczna to bodaj najbardziej hermetyczne państwo świata. Niewiele wiadomo o tym, co dzieje się na jej terytorium a blokada informacyjna utrzymywana przez rządzącą w Phenianie rodzinę Kimów, pomimo rozwoju nowoczesnych technologii informacyjnych, wciąż zdaje się spełniać swoje zadanie. Jednym z niewielu źródeł informacji o sytuacji w tym kraju są uciekinierzy, o których raz na jakiś czas donoszą światowe media. Najczęściej są to przypadki ludzi, którzy nielegalnie przekraczają granicę koreańsko – chińską a następnie ogromnym wysiłkiem docierają do południowokoreańskich placówek dyplomatycznych, prosząc o azyl polityczny. Rzadziej słyszy się o dyplomatach północnokoreańskich, którzy decydują się poprosić o ochronę w krajach, w których pełnią misję.

A czy zdarzały się ucieczki w drugą stronę? Czy historia zna przypadki osób, które z wydawałoby się dostatniego świata „zachodniego” zdecydowały się pójść w przeciwnym kierunku?

15 sierpnia 1962 r., na jednym z posterunków rozlokowanych wzdłuż linii demarkacyjnej, żołnierze północnokoreańscy dostrzegli zbliżającą się sylwetkę człowieka. Szedł on od strony pola minowego, wyznaczającego granicę między zwaśnionymi częściami półwyspu. Był to młody mężczyzna w wojskowym mundurze, niewątpliwie amerykańskim.  Na jego twarzy widać było strach, podkreślony kroplami potu. W pierwszym odruchu Koreańczycy chcieli go zabić, jednak dowódca zorientował się w porę, że sytuacja z którą mają do czynienia jest niestandardowa.  Jeniec został przetransportowany do stolicy, gdzie był długo przesłuchiwany.

Żołnierz ten nazywał się James Joseph Dresnok, miał 21 lat i był szeregowym armii amerykańskiej. Jego dotychczasowe życie nie należało ani do lekkich, ani udanych. Urodzony w mieście Richmond w południowym stanie Virginia, w wieku dziesięciu lat został sierotą. Jego rodzice rozwiedli się, z matką i młodszym bratem nigdy  już się nie zobaczył a jego ojciec wkrótce także zniknął z jego życia, umieszczając go w rodzinie zastępczej. Potem Dresnok został wyrzucony z liceum i w wieku 17 lat wcielony do wojska. Odbył dwuletnią służbę w Niemczech. Gdy po powrocie dowiedział się, że jego żona opuściła go dla innego mężczyzny, ponownie wstąpił do armii i został (już jako starszy szeregowy) wysłany do Korei, by pełnić służbę w jednostce pilnującej granicznej strefy zdemilitaryzowanej. Niestety, problemy wciąż go prześladowały. Za sfałszowanie podpisu na przepustce w celu udania się na nocne hulanki, został postawiony w stan oskarżenia i miał stanąć przed sądem wojskowym by odpowiadać za bezprawne opuszczenie jednostki. Wtedy podjął najważniejszą decyzję w swoim życiu. „Miałem dość mojego dzieciństwa, małżeństwa, służby wojskowej, wszystkiego. Byłem skończony. Miałem tylko jedno wyjście. W południe 15 sierpnia, w blasku słońca, kiedy wszyscy jedli obiad, wyruszyłem w drogę. Tak, bałem się. Czy będę żył, czy zginę? Gdy wszedłem na pole minowe zacząłem się pocić. Przeszedłem je jednak. To była droga do nowego życia.” – tak po 44 latach od tego wydarzenia zrelacjonował je dwóm brytyjskim dokumentalistom, którym udało się do niego dotrzeć.

Władze Korei Północnej od razu zorientowały się, że dezerter jest cennym nabytkiem. Wkrótce poznał innego amerykańskiego zbiega – szeregowego Larry’ego Abishera. Potem dołączyło do nich jeszcze dwóch – kapral Jerry Parish i sierżant Charles Jenkins. Cała czwórka od razu zaczęła być przez władze Korei Północnej intensywnie wykorzystywana propagandowo. Zdjęcia uciekinierów pojawiały się na okładkach prasy a nagrania na których wychwalają raj do którego trafili, skierowane do amerykańskich żołnierzy, były emitowane przez głośniki ustawione na granicy.

Zbiegów łączyło jedno – wszyscy byli w przeszłości wyrzucani ze szkół. Każdy z nich uciekał. Jednak prawdopodobnie żaden z nich nie myślał za bardzo o tym dokąd ucieka, a raczej od czego ucieka. I szybko zorientowali się, że ich egzystencja po drugiej stronie barykady nie będzie różowa.

„Inne zwyczaje, inna ideologia. Wrogie spojrzenia na ulicy. Nie chciałem tu zostawać, nie sądziłem, że kiedykolwiek się przystosuję.” – wspomina po latach Dresnok.

Po czterech latach cała czwórka złożyła wnioski o azyl w ambasadzie radzieckiej w Phenianie. Zostały one natychmiast odrzucone, a dyplomaci radzieccy od razu przekazali Amerykanów miejscowym władzom. Dezerterzy zostali poddani procesowi intensywnej reedukacji, który przynajmniej w przypadku Dresnoka, odniósł zamierzony skutek. Wiedząc, że ucieczka nie wchodzi już w rachubę, postanowił dostosować się do nowego otoczenia.

Od 1978 r. Dresnok zaczał występować w filmach północnokoreańskich, min. w dwudziestoczęściowym serialu pt. „Bezimienni bohaterowie”, gdzie wcielił się w rolę brutalnego amerykańskiego komendanta obozu jenieckiego o imieniu Arthur (jego koreańscy znajomi zaczęli się tak do niego zwracać). Stał się sławny a nastawienie miejscowej ludności wobec niego uległo poprawie (sam Dresnok twierdzi, że nie traktował tej produkcji jako filmu propagandowego). Oprócz tego przetłumaczył część prac wielkiego wodza Kim Il Sunga na angielski. Ponadto, w Korei Północnej Dresnok odnalazł to, czego w USA nigdy nie miał – rodzinę. Najpierw poślubił Rumunkę Todię Bumbea, z którą ma dwóch synów – Theodora Ricardo i James’a Gabriela. Kobieta wg oficjalnej wersji była pracowniczką rumuńskiej ambasady, jednak niektórzy podejrzewają, że została porwana przez wywiad Korei Północnej, specjalnie dla Dresnoka (w 2007 r. rumuńskie MSZ wysłało pismo do władz w Phenianie z prośbą o przedstawienie okoliczności przyjazdu Bumbei do KRLD – pozostało ono bez odpowiedzi).  Niestety, umarła młodo na raka płuc. Dresnok ożenił się ponownie, tym razem z córką Koreanki i dyplomaty z Togo. Miał z nią jeszcze jednego syna.

Obecnie rodzina mieszka w małym mieszkaniu w Phenianie i dostaje od państwa comiesięczny zasiłek. Dresnok otrzymywał racje żywnościowe nawet w trakcie w trakcie głodu w latach 1994 – 1998 r. W rozmowie z brytyjskimi filmowcami sam wyraził zdziwienie, że gdy umierało wielu Koreańczyków, rząd nie pozwolił umrzeć Amerykaninowi.


Życie Dresnoka znaczy monotonia. Z rzadka wygłasza wykłady ale jego głównym zajęciem jest wędkarstwo, jak sam mówi, wyłącznie dla zabicia czasu. Czasami publikuje krótkie wypowiedzi na Twitterze. Jego stan zdrowia jest zły i pomimo, że jak sam twierdzi „chodzi do lekarza gdy ma taką potrzebę”, ciągle się pogarsza. Jest to spowodowane nadużywaniem tytoniu i alkoholu. Jednak  w rozmowie z brytyjskimi filmowcami, Dresnok skwitował swój los: „Czuję, że jestem u siebie, że mam dom. Nie zamieniłbym tego na nic”. Zapytany o północnokoreański program atomowy, odpowiedział krótko: "Jeśli Ameryka zaatakuje, będziemy gotowi."

Jerry Parish i  Larry Abisher dożyli swoich dni w Korei Północnej. Pierwszy poślubił kobietę z Libanu, z którą miał trzech synów. Zmarł w 1998 r., podobno z przyczyn naturalnych (niewydolność wątroby). Drugi ponoć otrzymał od rządu koreańskiego kobietę, która miała pełnić rolę jego partnerki i rzekomo była bezpłodna. Jednak po latach bezdzietnego małżeństwa zaszła w ciążę i została mu odebrana. Potem otrzymał jeszcze jedną żonę – Dresnok twierdzi, że była ona Koreanką natomiast Jenkins, że tajską prostytutką, która wcześniej przebywała w Makau.

Inaczej potoczyły się losy czwartego ze zbiegów, sierżanta Charles’a Roberta Jenkinsa. W trakcie nocnego patrolu na terytorium KRLD, oddał się w ręce wroga, ponieważ bojąc się śmierci liczył, że trafi do ZSRR i przy okazji najbliższej wymiany jeńców bezpiecznie wróci do USA (armia amerykańska twierdzi, że Jenkins ujawnił ten zamiar w czterech listach - żaden z nich się nie zachował a on sam zaprzecza aby je napisał). Nie spodziewał się, że będzie dla Koreańczyków tak cenną zdobyczą. Niemal od razu pożałował swojej decyzji. Propaganda północnokoreańska obwieściła, że sierżant armii amerykańskiej przeszedł na stronę KRLD i puściła w eter jego rzekome oświadczenie (wygłoszone nienaturalnym angielskim, co każe sądzić, że było ono spreparowane). Potem, przez długi czas nie było żadnych informacji nt. losów zbiega (rodzina utrzymywała, że został porwany). W 1982 r. jego pojawienie się na planie wspomnianego serialu "Bezimienni bohaterowie" uświadomiło władzom amerykańskim, że Jenkins żyje. W 1980 r. „otrzymał” od władz Korei Północnej żonę – 21 letnią Hitomi Soga, studentkę z Japonii. Wraz z matką została ona porwana przez wywiad północnokoreański w celu przeszkolenia na przyszłego szpiega. Losy matki Hitomi są nieznane, ona sama ma z Jenkinsem dwie córki – Robertę Mikę i Brindę Carol. W 2002 r., gdy Kim Dzong Il przyznał oficjalnie, że wywiad północnokoreański porywał obywateli Japonii, zostały umożliwione wizyty porwanych w ojczyźnie, w celu spotkania z rodzinami.  Początkowo rodzina Jenkinsa nie skorzystała z propozycji, obawiając się, że władze w Phenianie testują ich lojalność. Jednak po otrzymaniu gwarancji bezpieczeństwa od rządu japońskiego, zdecydowali się wyjechać. W 2004 r., Jenkins pod pretekstem konieczności udzielenia mu specjalistycznej opieki medycznej, dotarł do Japonii przez Indonezję. Tam udał się do amerykańskiego posterunku wojskowego Camp Zuma, i podał się do raportu, salutując zgodnie z amerykańskim regulaminem wojskowym. Jak sam przyznał, chodziło mu o to aby uspokoić sumienie. Stanął przed sądem wojskowym (występując w mundurze armii amerykańskiej), został skazany na symboliczną karę 30 dni aresztu a następnie zwolniony po 6 dniach za dobre sprawowanie. W wyniku niuansów formalnych, zachował nawet prawo do noszenia części odznaczeń. W 2005 r. wraz z córkami odwiedził ojczyznę i spotkał się ze swą 91-letnią matką w rodzinnej Północnej Karolinie. W 2008 r. otrzymał prawo stałego pobytu w Japonii. Deklaruje, że chce w tym kraju dożyć swoich dni i będzie się ubiegać o jego obywatelstwo.

Jenkins napisał wspomnienia, najpierw wydane w języku japońskim a następnie w angielskim, pt. „The Reluctant Communist” (niechętny komunista).  Opisuje w nich relacje między zbiegami. Przedstawia Dresnoka w negatywnym świetle, zarzucając mu, że wspólnie z Parishem gnębili jego i Abishera. O samym Dresnoku pisze, że regularnie donosił na swoich towarzyszy koreańskim opiekunom, a autora relacji wielokrotnie bił na ich polecenie, czerpiąc z tego przyjemność (okazywał nawet bliznę będącą pamiątką po swoim koledze). Sam Dresnok w rozmowie z brytyjskimi dokumentalistami kategorycznie zaprzeczył tym oskarżeniom, twierdząc, że liczne zwady między zbiegami były niczym innym jak pijackimi burdami. Wyjazd Jenkinsa z Korei skomentował krótko: "Bye-bye, baby! Who cares?".

/pisząc korzystałem z: http://www.cbsnews.com/news/joe-dresnok-an-american-in-north-korea/

SL-1

W mroźną zimową noc, minutę po dziewiątej wieczorem, na posterunku straży pożarnej Narodowego Centrum Testowego Reaktorów (NRTS), federalnej placówki badawczej położonej na pustyni stanu Idaho, rozległ się alarm. Sygnał nadał zlokalizowany na terenie obiektu reaktor niskiej mocy SL-1. Sześciu strażaków ruszyło do akcji, spodziewając się kolejnego fałszywego wezwania – tego dnia, rano i po południu, miały miejsce już dwa. Po dziewięciu minutach dotarli do celu. W pierwszej chwili nic szczególnego nie zwróciło ich uwagi. Nad budynkiem w którym znajdował się reaktor unosiła się smuga białego dymu – normalne w mroźną, zimową noc. Blok centrum kontroli wyglądał zupełnie zwyczajnie. Zdecydowali się wejść do pomieszczenia reaktora. I wtedy zobaczyli włączoną sygnalizację zwiększonego poziomu promieniowania. Wskaźniki ich przenośnych urządzeń pomiaru radiacji  gwałtownie podskoczyły. Po chwili przybył lekarz. Wraz z jednym ze strażaków, założywszy maski tlenowe, zbliżyli się ponownie do schodów prowadzących do komory reaktora. Wtedy detektory zasygnalizowały poziom promieniowania 25 rentgenów na godzinę, co spowodowało  natychmiastowy odwrót. Po chwili, na wezwanie lekarza, na miejsce przybyli kolejni ratownicy, przywożąc ze sobą odzież ochronną oraz detektory zdolne do wykazania promieniowania na poziomie 500 rentgenów na godzinę. Medyk, tym razem z dwoma strażakami, weszli schodami do hali, w której znajdował się reaktor. Zdążyli tylko dojrzeć pozostałości eksplozji by zaraz potem w pośpiechu się wycofać, jako że urządzenia pokazywały maksymalne wartości. O wpół do jedenastej na miejsce zdarzenia przybyli kierownik placówki i główny lekarz. O 22.45, odziani w pełne skafandry ochronne weszli do hali reaktora i dostrzegli dwóch okaleczonych ludzi – jeden z nich już nie żył, drugi jęczał cicho, czołgając się w radioaktywnej wodzie zalewającej podłogę. Wchodząc do hali reaktora na dokładnie minutę, zespół pięciu strażaków wyciągnął go na zewnątrz, jednak ranny po chwili stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Nie miał szans na ratunek – nawet gdyby ratownicy dotarli do niego wcześniej, dawka promieniowania którą otrzymał, była śmiertelna (jego ciało emitowało je w ogromnej ilości – 500 rentgenów na godzinę). Ok. 23.00 ekipa ratunkowa dostrzegła jeszcze jednego trupa – znajdował się on... pod sufitem, przygwożdżony do niego prętem. Wiedząc już o losach całej zmiany znajdującej się tego feralnego wieczora w budynku SL-1, bezpieczeństwo ekipy ratunkowej stało się priorytetem – strażacy i lekarze pospiesznie wycofali się na bezpieczną odległość. Ciało trzeciego pracownika zostało wydobyte spod sufitu budynku następnego dnia.

Wyżej opisany wypadek miał miejsce 3 stycznia 1961 r., na poligonie badawczym położonym 64 km na zachód od Idaho Falls w USA. Przedmiotem wypadku był eksperymentalny reaktor małej mocy SL-1 (Stationary Low-Power Reactor Number One). Był to najpoważniejszy co do liczby ofiar śmiertelnych wypadek nuklearny w historii USA.

W tamtym okresie Armia Amerykańska zgłaszała zapotrzebowanie na opracowanie niewielkich reaktorów jądrowych, które docelowo miały zasilać stacje radarowe położone na terenach polarnych i arktycznych. Wymagania, które armia postawiła wykonawcy (Argonne National Laboratory) obejmowały możliwość transportu wszystkich komponentów reaktora drogą powietrzną, łatwość konstrukcji na miejscu, wykorzystanie wyłącznie standardowych elementów, prostota i niezawodność oraz co najmniej trzyletni okres pracy po każdym uzupełnieniu paliwa. Bezpieczeństwo obsługujących, nie znajdowało się na tej liście.

W odpowiedzi na te potrzeby, 24 października 1958 r. oddano do użytku eksperymentalny reaktor SL-1. Generował on moc 3MW, jako paliwo wykorzystywał wysokowzbogacony uran i był chłodzony lekką wodą. Umieszczono go w stalowym silosie o szerokości niecałych 12 m i wysokości 15 m, który w razie eksplozji mógł zatrzymać część radioaktywnych oparów. Rdzeń reaktora tworzyło 59 kaset paliwowych, jednostka centralna oraz 9 prętów kontrolnych.

Obiekt, w którym znajdował się SL-1, przed wypadkiem.

21 grudnia 1960 r. reaktor został wyłączony w celu przeprowadzenia prac konserwacyjnych, kalibracji urządzeń oraz instalacji dodatkowego osprzętu. 3 stycznia 1961 r. reaktor miał zostać uruchomiony ponownie. Zmianę objęło dwóch pracowników wojska – John Byrnes (lat 27, operator), Richard McKinley (lat 22, praktykant) oraz delegowany przez Marynarkę Wojenną  Richard Legg (lat 26, kierownik zmiany). Procedura włączenia reaktora polegała na wysunięciu centralnego prętu kontrolnego z rdzenia. Byrnes powinien był wysunąć go na wysokość 10 cm, umożliwiając przepływ neutronów między kasetami paliwowymi. Jak wykazało późniejsze dochodzenie i oględziny elementów zniszczonej konstrukcji, pręt został uniesiony na wysokość aż 66 cm. Spowodowało to gwałtowny i niekontrolowany wzrost mocy (aż do 20GW) a następnie nagłą emisję pary wodnej i potężne uderzenie hydrauliczne, które zniszczyło konstrukcję reaktora i rozrzuciło jej elementy z ogromną siłą (jeden z nich przyszpilił McKinleya do sufitu). W wyniku zdarzenia do atmosfery przedostało się ok 41 tera bekereli produktów rozpadu nuklearnego, co z uwagi na lokalizację reaktora na terenach położonych w oddaleniu od osiedli ludzkich, nie wywołało większych negatywnych skutków wśród populacji.

Zwłoki trzech pracowników zostały pochowane w ołowianych trumnach i zalane betonem. Wkrótce potem rozpoczęła się operacja oczyszczenia terenu, która trwała przez kolejny rok. Radioaktywne pozostałości budynków były zakopywane na wyznaczonym terenie, położonym ok. 500 m od miejsca eksplozji. Niektóre elementy reaktora zostały jeszcze poddane badaniom.


29 listopada 1961 r. - operacja wydobycia zniszczonego reaktora z silosa.

Przyczyna wypadku nigdy nie została wyjaśniona (i nigdy nie zostanie). Członkowie feralnej zmiany nie prowadzili dziennika pracy, nie wiadomo co spowodowało, że operator uniósł pręt kontrolny tak wysoko. Rozważano dwie grupy hipotez koncentrujące się na samobójstwie bądź nieuwadze. Niektóre źródła donoszą, że Byrnes miał problemy osobiste. Od jakiegoś czasu w jego małżeństwie nie działo się dobrze a rozłąka w okresie świątecznym, przyniosła pogorszenie sytuacji. W dniu wypadku, ok. godz. 7:00 wieczorem odebrał ponoć telefon od żony, która poprosiła go o rozwód. Ponadto, niektórzy donosili o napiętych relacjach z Leggiem. Młodszy kolega ze zmiany prześcignął bowiem starszego współpracownika w hierarchii pracowniczej i tego dnia to Legg dozorował Byrnes'a a nie na odwrót. Pojawiła się wersja, żę Byrnes chciał popełnić poszerzone samobójstwo, zabierając ze sobą Legga. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że w chwili niefortunnego podniesienia prętu był po prostu zdenerwowany i zdekoncentrowany złymi wydarzeniami ze swego życia. Oprócz tego, teoria ta była na rękę czynnikom rządowym, które mogły nią przykryć fakt, że normy bezpieczeństwa SL-1 nie stały na wysokim poziomie.

Rząd amerykański na podstawie tego zdarzenia nakręcił film szkoleniowy, do wewnętrznego użytku. Jest on dziś dostępny w serwisie YouTube.

Miejsce zakopania szczątków SL-1, otoczone narzutem kamiennym, zdjęcie z 2003 r.


Podzielony dom

Dzisiaj w Waszyngtonie Donald Trump, kontrowersyjny milioner z Nowego Jorku, został oficjalnie 45-tym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jego wygrana była wielkim zaskoczeniem dla komentatorów i analityków. Inauguracji jego prezydentury towarzyszą wielotysięczne, momentami gwałtowne, protesty zwolenników pokonanej przez niego w wyborach Hillary Clinton. Atmosfera kampanii wyborczej była gorąca i jak widać, emocje wciąż nie gasną. Za Trumpem stanęli głównie mieszkańcy małych miejscowości oraz centralnych stanów,  głównie biali i skromnie sytuowani. Żonę byłego prezydenta Billa Clintona poparły Kalifornia i Nowy Jork, mieszkańcy wielkich miast, dobrze sytuowani materialnie, mniejszości etniczne oraz liberalna część wyborców. Świat z uwagą przygląda się temu co dzieje się w Waszyngtonie i trudno się dziwić – USA to obecnie jedyne supermocarstwo, którego polityka wpływa na jego losy. Mylą się jednak ci, którzy uważają, że obecne napięcia związane z wyborem Trumpa są czymś szczególnym w historii Ameryki. Bledną one w świetle sytuacji która miała miejsce przy okazji wyborów w 1876 r.

Tego pamiętnego roku końca dobiegała druga kadencja rządów gen. Ulyssesa Granta, zapamiętanego przez historię przede wszystkim jako głównodowodzącego wojsk Unii w Wojnie Secesyjnej. Żołnierzem był niewątpliwie świetnym. Politykiem – znacznie gorszym. Nie będąc biegłym w grach salonowych, tak różnych od obozowego życia wojaka, w dużej mierze rządził przez swoich doradców. Zgromadziło się wokół niego szemrane towarzystwo skorumpowanych politykierów, których działania nie przynosiły krajowi wiele dobrego. Najważniejszą bolączką USA był wciąż głęboki podział na zwycięską Północ i przegrane Południe. Przez dekadę dzielącą te dni od końca Wojny Secesyjnej nie udało się wciąż zakopać rowów podziału. Pojednawcze projekty Abrahama Lincolna zostały zarzucone wraz z jego zabójstwem - na Południu wciąż stacjonowały wojska z Północy.

Przedwyborcza konwencja wyborcza Partii Demokratycznej wyłoniła kandydata, w którym upokorzone Południe dostrzegło swego zbawcę. Był to Samuel Tilden, gubernator stanu Nowy Jork. Cała sytuacja była dość paradoksalna - polityk ten po pierwsze pochodził z regionu, który śmiało można uznać za serce Północy a po drugie jego poglądy jak na tamte czasy były umiarkowane, można by rzec centrowe. Już w swoich przedwojennych wystąpieniach wyrażał się negatywnie o niewolnictwie, określając je mianem "haniebnej plagi", która nie powinna dotrzeć na nowo inkorporowane do USA terytoria. Jednak oprócz tego, Tilden był zwolennikiem kompromisu z południowymi stanami i uważał jedność kraju za dobro najwyższe, za które należało zapłacić nawet ustępstwami w kwestii niewolnictwa. W czasie wojny stanął po stronie Unii, jednak zdarzało mu się krytykować posunięcia prezydenta Lincolna. Do wyborów przystąpił pod hasłem walki z korupcją.


Republikanie namaścili na swego kandydata Rutherforda Bircharda Hayes'a, gubernatora stanu Ohio. Zwyciężył on faworyta wyścigu, James'a Gillespie Blain'a, jako kandydat jednoczący jego przeciwników. Hayes miał wolnościowe poglądy i był zwolennikiem równości ludzi, bez względu na rasę. W skali kraju był politykiem dość mało znanym a jego głównym atutem z perspektywy Partii Republikańskiej było przyciągnięcie do nich wyborców ze spornego (tzw. "swinging state") stanu Ohio.

Wybory były niezwykle burzliwe. Na Południu dochodziło do krwawych starć. Bojówki popierające Partię Demokratyczną, takie jak Czerwone Koszule czy Biała Liga atakowały czarnoskórych mieszkańców chcących głosować oraz Republikanów z południa. Z kolei administracja rządowa starała się manewrami administracyjnymi (np. delegowaniem odpowiednich osób do komisji liczących głosy) wspierać wygraną Hayes'a.

Wyniki tzw. popular vote, czyli wszystkich głosów oddanych na kandydatów bez podziału na stany i elektorów były jednoznaczne - wyraźnie wygrał Samuel Tilden, zdobywając 4,286,808 głosy (50.92%). Hayes otrzymał ich 4,034,142 (47.92%). Pozostali kandydaci otrzymali w sumie 91,134 głosy (1.8%). Odnotowano najwyższą w historii wyborów prezydenckich w USA frekwencję - 81.1%.

Jednak jeśli chodzi o głosy elektorskie, w amerykańskim systemie wyborczym decydujące o wyniku, sprawa była niejasna. Tilden zdobył ich 184, Hayes 165, natomiast 20 głosów stanowiło przedmiot sporu. Na Florydzie, w Luizjanie i Południowej Karolinie obie strony ogłosiły swoje zwycięstwo, natomiast w Oregonie, który jednoznacznie poparł Hayes'a, tamtejszy gubernator wywodzący się z Partii Demokratycznej zakwestionował legalne umocowanie jednego z elektorów, nominując w jego miejsce innego Demokratę. Obie strony były przekonane o swojej wygranej.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Na Południu trwały rozruchy. Mówiło się o marszu stu tysięcy południowców na Waszyngton. Prezydent Grant po cichu postawił w stan gotowości stołeczny garnizon. W obliczu poważnego kryzysu konstytucyjnego, Kongres wyłonił piętnastoosobową komisję, która miała za zadanie ustalić wynik wyborów. W jej skład miało wejść po pięciu przedstawicieli obu izb amerykańskiego parlamentu oraz pięciu sędziów Sądu Najwyższego. Partia dysponująca większością w danej izbie nominowała trzech członków komisji, partia mniejszościowa dwóch. Ponieważ Republikanie przeważali w Senacie a Demokraci w Izbie Reprezentantów, w skład komisji weszło po pięciu przedstawicieli każdej z nich. Sąd Najwyższy włączył w skład komisji dwóch sędziów deklarujących się jako Demokraci i dwóch jako Republikanie. Owych czterech sędziów nominowało piątego reprezentanta trzeciej władzy - niezależnego sędziego Davida Davisa, o którym mówiono, że nawet on sam nie wie, którego kandydata na prezydenta popiera. Jednak tuż przed ostatecznym zatwierdzeniem przez parlament składu komisji, Davis został wybrany przez legislaturę stanu Illinois do Senatu i nieoczekiwanie zrezygnował z posady sędziego. Wszyscy pozostali sędziowie Sądu Najwyższego byli Republikanami, co dało Hayes'owi przewagę w komisji 8-7. Ostatecznie komisja przyznała 20 spornych głosów elektorskich Hayes'owi, który dzięki temu zgromadził ich w sumie 185, o jeden więcej niż Tilden. 4 marca 1877 r. prezydentura Hayes'a została inaugurowana, bez większych zakłóceń.

Wielu historyków uważa, że powodem dla którego Południowcy ustąpili był tzw. "kompromis 1877 r.". Składał się na niego szereg zakulisowych i tajnych rozmów, przeprowadzonych w Waszyngtonie przez przedstawicieli obu partii. Jego treść sprowadzała się do prostej wymiany - za uznanie wygranej Hayes'a Północ zakończy okupację Południa. Do dziś nie zostało w pełni udowodnione, czy rzeczywiście takie rozmowy miały miejsce, czy też kompromis był wynikiem jednostronnych deklaracji i działań Republikanów. Faktem jest, że po inauguracji Hayes'a, wojsko federalne wycofało się z trzech ostatnich stanów południowych (Florydy, Luizjany i Południowej Karoliny). Jednocześnie Hayes powołał do swego gabinetu przedstawiciela Partii Demokratycznej. Być może był to wynik ustaleń, jednak z drugiej strony Hayes już w trakcie kampanii deklarował oddanie władzy stanom południowym. Także włączenie przedstawiciela przeciwnej partii do swego zespołu nie było niczym zaskakującym w przypadku kandydata, który wygrał tylko jednym głosem elektorskim.

Po opuszczeniu Południa przez armię federalną, rozpoczęły się tam prześladowania czarnoskórej ludności - poszczególne stany wprowadzały rasistowskie przepisy, które przywracały porządek sprzed wojny domowej. Czarni byli w różny sposób prześladowani, zarówno fizycznie jak i legislacyjnie a system segregacji rasowej i biały supremacjonizm utrzymały sie na południu USA aż do lat siedemdziesiątych XX w. To była cena jaką społeczeństwo amerykańskie zapłaciło za jedność państwa.

Wybory 1876 r. były jednymi z pięciu wyborów w historii USA (włączając w to także ostatnie), w których osoba która nie uzyskała największej ilości głosów w głosowaniu powszechnym wygrała prezydenturę w kolegium elektorskim. Były to także jedyne wybory przegrane przez kandydata, który uzyskał ponad 50% głosów w skali kraju (czyli więcej niż wszyscy pozostali kandydaci w sumie).

Jaki byłby wynik wyborów 1876 r. gdyby odbywały się one w niezakłócony sposób? Także tutaj nie ma jasności. Z jednej strony, administracja republikańska pomogła Hayes'owi uzyskać część głosów elektorskich. Z drugiej strony jednak, gdyby nie działania białych bojówek na Południu, Hayes otrzymałby tam znacznie więcej głosów.

Bez wątpienia były to najgorętsze wybory prezydenckie w historii USA.