Wołyń


W najbliższą niedzielę (godz. 20:10), TVP1 wyemituje "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Z tej okazji przytoczę moją recenzję, którą napisałem po premierze kinowej tego filmu.

***

Każdy kto mnie choć trochę zna, kto wie cokolwiek o mojej pracy i rodzinie, ten łatwo może się domyśleć, że „Wołyń” jest dla mnie jednym z najważniejszych filmów życia. Obejrzenie go od początku do końca, odczułem tak samo mocno, jak pierwszą (skądinąd niedawną) wizytę w obozie koncentracyjnym. Jednak w trakcie trwania seansu, miałem nieodparte wrażenie, że słucham raz jeszcze dobrze znanej mi opowieści.

Mimo to zdaję sobie sprawę, że dla wielu Polaków, będzie to opowieść nowa. Wołyń został niegdyś skazany na zapomnienie – i wyrok ten był wykonywany aż do niedawna. Przyczyną tego było to, że przebieg tych wydarzeń nie pasował do oficjalnej narracji ani PRL, ani III ani IV RP.

Ponieważ wiele zapewne napisano i jeszcze się napisze o tym jak film oddziałuje na emocje, oraz o jego stronie artystycznej, ja chciałbym zwrócić uwagę na mniej eksponowany wątek, a mianowicie niuanse historyczne. Jak napisałem, w czasie tych strasznych wydarzeń, tworzyły się formacje ideologiczne i zbrojne, które kompletnie wymykały się prostemu, czarno białemu obrazowi historii, który większość z nas ogląda w szkole, a potem w mediach. Tylko nielicznym fascynatom, chce się zanurzać w szczegółach. I tych właśnie zapomnianych figur i postaw, reżyser w swoim dziele nie pomija.

Najistotniejszym dla mnie zdaniem wypowiedzianym w filmie były słowa głównej bohaterki: „Przepraszam, czy mogę o coś zapytać? Co to za formacja zbrojna, która chce walczyć z Niemcami a nie umie obronić ludzi przed uzbrojoną hołotą?”. Najważniejszą sceną było spotkanie polskiego oficera z dowódcą UPA. A najciekawszą postacią, ukazany w neutralnym (a może nawet lekko pozytywnym) świetle Polak, z pomarańczową swastyką na furażerce – który zachęcał swych współziomków do wstępowania do niemieckiej policji pomocniczej, jedynej dostępnej w tym momencie formy obrony przed zagładą.

Bo jedną z przyczyn Wołynia, był brak reakcji, czy wręcz działań zapobiegawczych ze strony AK, głównej (i niewątpliwie chwalebnej) siły zbrojnej narodu polskiego w kraju. Jej Komenda Główna, a tym bardziej rząd w Londynie, nie rozumiały specyfiki Wołynia. Jej sztabowcy niezbyt interesowali się odległym, peryferyjnym regionem i przewidywali błędnie, że główne starcie między Polakami a Ukraińcami rozegra się ponownie we Lwowie. 27 Wołyńska Dywizja AK rozwinęła się mobilizacyjnie i weszła do akcji zdecydowanie za późno. Przez długi czas jedyną deską ratunku dla Polaków były formacje tworzone przez okupantów. Po stronie niemieckiej były to oddziały policji pomocniczej, z których najsławniejszym i chyba najskuteczniejszym był mówiący po polsku Batalion 202, natomiast po stronie sowieckiej liczące ponad tysiąc żołnierzy polskiej narodowości zgrupowanie partyzantki radzieckiej „Jeszcze Polska nie zginęła”, pod dowództwem Roberta Satanowskiego a potem jeszcze tzw. Istriebitielnyje Bataliony, złożone z Polaków jednostki samoobrony, formowane przez NKWD. Również (co film pokazuje) Polacy znajdowali pewną ochronę u formacji stricte liniowych – Wehrmachtu po prostu. Ze strony sowieckiej natomiast np. oddziału płk. Prokopiuka, dzięki wsparciu którego udało się ocalić liczną polską społeczność zgromadzoną w ufortyfikowanej wiosce Przebraż.

Bez tych trudnych do wpasowania w heroiczną wizję historii światłocieni, nie byłoby pełnego obrazu Wołynia. Pod tym względem film przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Kto ratuje prawdziwą historię, temu niech będzie chwała.

Asymetria polsko-czeska


Co roku w Polsce przeprowadzane są sondaże sympatii i antypatii Polaków wobec innych narodów. Ostatnio, tak jak i w kilku poprzednich latach, najbardziej lubianym narodem nad Wisłą okazali się Czesi. Świadome tych nastrojów są agencje marketingowe, co widać w reklamach piwa. W tych promujących w Polsce piwo Zatecky Lezak, Czechy ukazane są jako idylla, zamieszkana przez pogodnych i życzliwych ludzi, żyjących w zgodzie z naturą pod słonecznym niebem. W tych promujących z kolei nad Wisłą piwo Tyskie, polscy dezerterzy wspólnie z czeskimi autochtonami, wystrychują na dudka krzyczących po niemiecku oficerów armii austriackiej. Czesi uczuć wobec Polaków nie odwzajemniają. Ukazuje to czeska reklama sieci T-Mobile, w której naiwny czeski narciarz zostaje okradziony przez mówiącego po polsku odrażającego oszusta, nota bene wycofana po proteście polskiej ambasady (wszystkie ww. reklamy można obejrzeć w serwisie YouTube).

We wspólnej historii Polski i Czech nie było wiele dobrego. Najazd Brzetysława w XI w. omal nie zlikwidował młodej polskiej państwowości. Kazimierz Wielki musiał odpierać najazd Jana Luksemburskiego, agresywnie roszczącego sobie prawa do polskiej korony. W XIX w. przez kłótnie Polaków i Czechów dotyczącą stosunku do Węgrów, spaliły na panewce próby zawiązania pansłowiańskiego związku narodów podbitych przez Austrię. Po pierwszej wojnie światowej Czesi wykorzystując ofensywę Bolszewików na Polskę zajęli zbrojnie Zaolzie. Polacy odpłacili pięknym za nadobne i w 1938 r. wykorzystując najazd Hitlera na Czechy, odebrali te ziemie. W czasie drugiej wojny światowej gen. Sikorski proponował rządowi Czechosłowacji utworzenie po wojnie federacji obu państw - prezydent Benes postawił jednak na Stalina. Zaraz po wojnie Czesi wykorzystując nieobecność prezydenta Bieruta i premiera Osóbki Morawskiego wprowadzili swoje wojska do Kotliny Kłodzkiej i tylko refleks i zdecydowanie marszałka Roli-Żymierskiego, który błyskawicznie dyslokował oddziały WP na przeciw oddziałów czeskich, zapobiegły utracie Kłodzka przez Polskę. W końcu w 1968 r. to samo WP wkroczyło razem z innymi bratnimi armiami Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, tłumiąc demokratyczne przemiany w tym kraju, o czym Polacy nie pamiętają, w przeciwieństwie do Czechów.

Paradoks nieodwzajemnionej miłości Polaków do Czechów powinien znaleźć się pod lupą socjologów, politologów i historyków, gdyż do tej pory, po obu stronach granicy ludzie w większości nie są świadomi jego istnienia.

P.S. Uważam, że marszałek Rola- Żymierski powinien mieć w Kłodzku pomnik.


Radomierzyce 1945 - mroczna bzdura



 Piotr Jaroszewicz

Redaktor Tomasz Sekielski twierdzi, że odnalazł dowody rzeczowe, które pozwoliły zidentyfikować sprawców zabójstwa Piotra Jaroszewicza, premiera PRL w latach 1970-1980. Prokuratura neguje rolę dziennikarza, ogłaszając jednocześnie, że mordercami małżeństwa Jaroszewiczów byli członkowie tzw. gangu karateków, działającego na przełomie lat 80-tych i 90-tych, związanego z mafią pruszkowską. Ustalenia te zapadły na podstawie dowodów i zeznań zebranych w innym śledztwie. Jeden z podejrzanych o udział w sprawie porwania 10-letniego chłopca postanowił przyjąć status świadka koronnego i przyznał się jednocześnie do udziału (choć nie samego zabójstwa) we włamaniu do willi Jaroszewiczów. Media informują, że dwóch z trzech podejrzanych na podstawie tych zeznań przyznało się do zabójstwa. Jako motyw wskazali rabunek, ale prokuratura rozważa też inne powody.

Przypomnijmy, małżeństwo Jaroszewiczów zostało zamordowane w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w swojej willi, w podwarszawskim Aninie. Piotr Jaroszewicz był przed śmiercią torturowany. Z domu nie zniknęły kosztowności, które nie były głęboko ukryte (np. cenna kolekcja znaczków). Policja po wejściu na miejsce zbrodni zniszczyła wiele cennych śladów. W 1994 r. zatrzymano w sprawie czterech podejrzanych, jednak z braku dowodów, wszyscy oni zostali uniewinnieni w 1998 r.

Z morderstwem Piotra Jaroszewicza łączone są dwa inne: Jerzego Fonkowicza i Tadeusza Stecia. Obaj już w latach 90-tych XX w. także zostali zamordowani w brutalny sposób (pierwszy po wielogodzinnych torturach, drugi ciosami młotkiem tynkarskim). Morderstwa te nie miały tła rabunkowego a sprawcy nigdy nie zostali wykryci. Obaj byli barwnymi postaciami.

Pochodzący z żydowskiej rodziny Jerzy Fonkowicz przed wojną był aktywistą komunistycznym, członkiem nielegalnych wówczas organizacji - Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej "Spartakus" i Towarzystwa Przyjaciół ZSRR. W czasie wojny był szefem wywiadu Armii Ludowej a po wojnie departamentu kadr MON. Zwieńczeniem jego kariery była posada attache wojskowego w ambasadzie polskiej w Helsinkach. W 1968 r. zwolniony ze służby, czego pośrednim powodem była niejednoznaczna ocena arabsko-izraelskiej wojny sześciodniowej.

Jerzy Fonkowicz

Tadeusz Steć był przewodnikiem sudeckim, miłośnikiem antyków i sztuki, gawędziarzem, inicjatorem i animatorem turystyki na Dolnym Śląsku. Ponoć skupował od lokalnej ludności za grosze bezcenne starodruki, którymi tuż po wojnie na Ziemiach Odzyskanych ludzie palili w piecach. Był jednocześnie niedoszłym zakonnikiem i homoseksualistą.

Tadeusz Steć

W polskiej przestrzeni publicznej szerokie kręgi zatoczyła opowieść, w której trzej panowie znali się z młodych lat, kiedy to pewnego majowego dnia w 1945 r., zawitali w starym poniemieckim dworku, we wsi Radomierzyce przy obecnej granicy polsko - niemieckiej. Jaroszewicz i Fonkowicz byli wówczas oficerami LWP, Steć miał im pomagać jako tłumacz, gdyż dobrze znał język niemiecki. W opuszczonym pałacyku ich grupa odnalazła pancerne drzwi i sejfy w ścianach. Kryły one potężne archiwum dokumentów Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), gromadzonych tam od 1944 r. z rozkazu SS-Brigadefuerehra Waltera Schellenberga. Zawierało ono ok. 300 000 teczek, o średniej grubości 250 arkuszy. 50 000 z nich zawierało dokumenty niemieckiego sztabu generalnego a ok. 20 000 wywiadu wojskowego. Znajdowały się tam także liczne teczki osobowe konfidentów Gestapo na terenie Francji. Ponadto zbiory zawierały także prywatne archiwum rodziny Rotschildów. Po krótkim czasie na miejscu pojawił się oddział Armii Czerwonej a jego dowódca kazał się Polakom wynosić (polecenie zostało ponoć wsparte kopniakami). W lipcu 1945 r. całe archiwum zostało przetransportowane do Moskwy. Podobno jednak Jaroszewiczowi udało się przed wyjazdem z Radomierzyc zabrać ze sobą pakiet dokumentów... Cała trójka utrzymywała ponoć ze sobą kontakt do końca swych dni. Siłą rzeczy pojawiły się przypuszczenia, że mordy na nich były zemstą kogoś, kto ucierpiał w wyniku teczek wyniesionych z radomierzyckiego dworku.

Ta fascynująca historia jest najprawdopodobniej bajką. Do jej zmyślenia przyznał się Henryk Piecuch, emerytowany oficer WOP, autor powieści kryminalno-szpiegowskich. Twierdzi on, że podtrzymywał ją Tadeusz Steć, który miał wielką skłonność do mitomanii. Jako przewodnik sudecki opowiadał turystom niezliczone anegdoty, często z sobą w roli głównej, z których ogromna większość była zmyślona. Jemu samemu schlebiało umieszczenie jego postaci w tak niewiarygodnej opowieści. Świadczą o tym dokumenty, do których dotarła redakcja tygodnika Newsweek - w maju 1945 r. przebywał on nie na ziemiach odzyskanych a w Tyńcu pod Krakowem, gdzie wstąpił w mury klasztorne. Po roku jednak zrezygnował z życia zakonnego. Potwierdzają to zarówno kronika opactwa Benedyktynów jak i napisany przez Stecia życiorys znajdujący się w muzeum regionalnym w Jeleniej Górze, w którym stwierdza on, że na ziemie odzyskane przybył dopiero 1 czerwca 1946 r. Jego znajomi bardzo wątpią by znał Jaroszewicza, ponieważ fakt ten byłby trudny do ukrycia. Sam Piecuch jednoznacznie skrytykował tych, którzy jego powieści politycznej fikcji traktowali jako źródła historyczne.

Nie wiadomo do dziś dlaczego zginęli. Jaroszewicz i Fonkowicz z racji wysokich funkcji, które sprawowali, mieli zapewne wielu wrogów. Steć był homoseksualistą - jeden z jego znajomych utrzymywał, że w młodości miał jakąś sprawę za molestowanie. Śmierci trzech bohaterów tej opowieści zdają się być niezwykłym zbiegiem okoliczności a fikcyjna hipoteza je wyjaśniająca, zaczęła żyć własnym życiem. Wbrew temu co się wielu wydaje, fałszywki (nie znoszę terminu "fake news") nie są wcale znakiem naszych czasów, o czym już na tej witrynie pisałem.  Pozostaje liczyć na to, że śledztwo w sprawie zabójstwa Jaroszewiczów nabierze tempa i wyjaśni cokolwiek więcej w tej mrocznej sprawie.

/źródła:
newsweek.pl, Przemysław Semczuk, "Sensacyjny bohater",
jelonka.com, "Echa zbrodni doskonałej"/

Najmocniejsza Polka


Z okazji Dnia Kobiet wszystkim czytelniczkom Protokołu 205 chciałbym życzyć wszystkiego najlepszego. Odnoszę wrażenie, że zamiłowanie do historii jest wśród płci pięknej mniej powszechne niż wśród samców, dlatego też tym bardziej jesteście dla mnie cennymi gośćmi na moich witrynach internetowych.

Z okazji Waszego święta pragnę przypomnieć postać Wandy Wasilewskiej, pisarki i działaczki komunistycznej, pułkownik Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej oraz założycielki Związku Patriotów Polskich, który stanowił  w rękach Stalina narzędzie służące rozegraniu kwestii polskiej. Niezależnie od oceny jej działalności, uważam, że Wanda Wasilewska była najbardziej wpływową Polką w historii.

Stalin - choć traktował ją protekcjonalnie - ponoć autentycznie lubował się w jej stanowiących podwaliny socrealizmu powieściach i nie bez powodu przeznaczył jej  istotną rolę do odegrania. Wasilewska nie była zresztą bezwolną kukiełką - przyczyniła się do uwolnienia wielu Polaków z łagrów sowieckich oraz wyeliminowała z gry politycznej znaczącego dla sprawy polskiej gen. Zygmunta Berlinga. 

Pochowała dwóch mężów - pierwszego zmarłego na tyfus, drugiego zamordowanego w niewyjaśnionych okolicznościach, oficjalnie przez nacjonalistę ukraińskiego, wg notatek Chruszczowa, przez NKWD w wyniku wypadku, a prawdopodobnie dlatego, że zwątpił w ZSRR. Trzeci mąż, ukraiński pisarz Oleksandr Kornijczuk, zdradzał ją na potęgę i ani myślał o przenosinach do Polski. Pomimo jego niewierności, skłonności do alkoholu i własnej, poświadczanej przez świadków epoki tęsknoty za krajem, autentycznie przywiązana do męża Wasilewska swych dni dożyła w Kijowie. Znajdowała ukojenie w nowych pasjach jakimi stały się ogrodnictwo i wędkowanie. W testamencie zastrzegła, że chce spocząć w odrębnym od męża grobie, co może świadczyć o tym,  że nie miała złudzeń co do swojego trzeciego małżeństwa. Wanda Wasilewska spoczęła na kijowskim Cmentarzu Bajkowym. Mąż, który przeżył ją o 8 lat, został pochowany w innej mogile. Wydaje się, że najbardziej wpływowa Polka w historii nie odnalazła szczęścia w życiu prywatnym.

Gorące lato w St. Augustine

 
Autorem powyższego zdjęcia jest niejaki Horace Cort. Zostało ono zrobione 18 czerwca 1964 r. w miasteczku St. Augustine, na Florydzie. Przedstawia ono właściciela nieistniejącego już motelu Monson Motor Lodge, James'a Brocka, który próbuje przepędzić grupę białych i czarnych antyrasistów kąpiących się w basenie jego obiektu, wlewając do niego kwas solny. Incydent ten miał miejsce w czasie gorącego okresu walki o prawa czarnej mniejszości w USA. St. Augustine była jednym z miast frontowych tej wojny.

To prastare jak na uwarunkowania północnoamerykańskie miasteczko (założone w 1565 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Pedro Menendeza de Aviles) stało się areną wzmożonej przemocy wobec lokalnej czarnej społeczności.  Pomimo wydanego w 1954 r. orzeczenia Sądu Najwyższego USA w sprawie Brown przeciw Kuratorium Oświaty, uznającego segregację rasową w szkołach publicznych za niekonstytucyjną, w St. Augustine tylko szóstka czarnych dzieci uczęszczała do szkół publicznych. Gdy domy rodziców dwójki z nich zostały spalone przez aktywistów Ku Klux Klanu a pozostała czwórka musiała opuścić miasto, ponieważ ich rodzice zostali wyrzuceni z pracy przez białych pracodawców, w mieście zawiązał się tzw. ruch St. Augustine, którego liderem i założycielem został Robert Hayling.

Hayling był dentystą (pierwszym czarnym członkiem amerykańskiego towarzystwa dentystycznego) i byłym podporucznikiem sił powietrznych USA. Po otworzeniu swojej praktyki w St. Augustine, wstąpił do Krajowego Stowarzyszenia Postępu Ludzi Kolorowych (NAACP), organizacji działającej od 1909 r. na rzecz równouprawnienia. Wyraźnie podkreślał on prawo do zbrojnego oporu w obliczu przemocy. W marcu 1963 r. zorganizował liczne protesty przeciw przeznaczonym wyłącznie dla białych obchodom 400 lecia założenia najstarszej osady Europejczyków na kontynencie północnoamerykańskim. W ich wyniku, kilkunastu czarnych zostało zaproszonych na uroczysty bankiet do słynnego hotelu Ponce de Leon i miało okazję wysłuchać przemówienia wiceprezydenta USA (późniejszego prezydenta), Lyndona Johnsona. Ponieważ jednak delegacja z Waszyngtonu odmówiła wysłuchania skarg przedstawicieli czarnej społeczności, Hayling postanowił kontynuować protesty. W mieście narastało napięcie. We wrześniu 1963 r. Ku Klux Klan zorganizował marsz na przedmieściach miasta. Jego uczestnicy porwali Haylinga i trzech innych członków NAACP i dotkliwie ich pobili z użyciem pałek i łańcuchów. W ostatniej chwili cała czwórka została uratowana przez policję. Szeryf hrabstwa St. Johns aresztował czterech członków klanu pod zarzutem pobicia, zostali oni jednak szybko zwolnieni. Haylinga natomiast skazano za napaść na uczestników marszu. To doprowadziło do jeszcze większego napięcia. Klan zorganizował nocny wypad do czarnego przedmieścia Lincolnsville, ostrzeliwując domy jego mieszkańców. Ci z kolei odpowiedzieli ogniem, zabijając jednego z intruzów (przy tej okazji czterech czarnoskórych zostało oskarżonych o zabójstwo, jednak wszyscy oni zostali uniewinnieni). Przestraszona zdecydowaną postawą Haylinga NAACP usunęła go ze stanowiska przewodniczącego swojej rady młodych. Wówczas to Hayling poprosił o pomoc organizację Southern Christian Leadership Conference (SCLC), na czele której stała legenda Ruchu Praw Obywatelskich, pastor Martin Luther King. Panowie spotkali się na konferencji w Oralndo, na której Haylingowi udało się przekonać Kinga, aby przybył do St. Augustine w kluczowym okresie poprzedzającym przyjęcie przez Kongres USA ustawy o prawach obywatelskich.

Robert Hayling w mundurze US Air Force


Wiosną 1964 r. Hayling zaapelował do studentów wszystkich uczelni USA o przybycie do St. Augustine w przerwie wakacyjnej i wzięcia udziału w protestach na rzecz równouprawnienia. Jego apel spotkał się z szerokim odzewem. Tłumy studentów zjechały do miasta by wziąć udział w pokojowych protestach. Protesty stały się obiektem agresywnych ataków białych segregacjonistów a wielu ich uczestników zostało pobitych i aresztowanych (areszty miejskie nie były w stanie pomieścić wszystkich przywożonych przez policję). Wraz ze studentami do St. Augustine przybyli prominentni obywatele z północy, w tym pani Mary Markman Peabody, 72-letnia matka urzędującego gubernatora północnego stanu Massachusetts. Gdy wraz z Haylingiem weszła do przeznaczonej wyłącznie dla białych restauracji sławnego hotelu Ponce de Leon, oboje zostali aresztowani. Zdjęcia dwójki zatrzymanych pojawiły się we wszystkich ważniejszych tytułach prasowych, dając St. Augustine sławę, jakiej miasto nie zdobyło nigdy w ciągu swej długiej 400 letniej historii. Na początku czerwca, domek, w którym zatrzymał się King został podpalony. Wtedy Hayling powołał uzbrojone patrole czarnej ludności. Chociaż King był tej idei przeciwny, korzystał z ochrony ludzi Haylinga każdej nocy swego pobytu w St. Augustine.

11 czerwca 1964 r. King chciał zjeść posiłek w restauracji motelu Monson Motor Lodge. Ponieważ właściciel motelu, James Brock, przeznaczył swój przybytek tylko dla białych, King został aresztowany na jego schodach. Z aresztu w St. Augustine napisał list do swego przyjaciela, rabina z New Jersey Israela Dresnera, przebywającego akurat w Savannah, z prośbą o pomoc i przybycie. Dresner wraz z grupą innych rabinów pojawił się przed motelem. Cała grupa uklękła i zaczęła się głośno modlić. Została szybko aresztowana przez policję, jednak korzystając z odwrócenia uwagi właściciela obiektu, grupa antyrasistów (zarówno białych jak i czarnych) wskoczyła do basenu hotelowego, nominalnie przeznaczonego tylko dla białych. Wtedy to James Brock chwycił kanister z kwasem solnym (używanym przez jego pracowników do czyszczenia obiektu) i zaczął wlewać jego zawartość do wody, w której pływali protestujący. Jeden z nich, znający się na chemii, szybko zorientował się, że ilość kwasu którą dysponował Brock nie stanowi zagrożenia - aby uspokoić swoich towarzyszy wziął łyk wody z basenu. To spowodowało, że pozostali oni na miejscu, wzmagając jedynie ich wściekłość. Wówczas policjant Henry Billitz wskoczył do basenu, w celu aresztowania demonstrantów. Zdjęcia Brocka i Billitza obiegły nagłówki wszystkich amerykańskich gazet i stały się ikoną protestów gorącego lata 1964 r.

James Brock blokuje Martinowi Luther Kingowi wejście do restauracji swojego hotelu

Policjant Henry Billitz skacze do basenu w celu aresztowania protestujących

2 lipca 1964 r. prezydent Lyndon Johnson podpisał ustawę o prawach obywatelskich, co stanowiło ostateczne zwycięstwo Ruchu Praw Obywatelskich. Krótko przed tym wydarzeniem przedstawiciele SCLC opuścili St. Augustine i nigdy więcej nie wrócili w te strony.

Robert Hayling musiał zapłacić cenę za swoją walkę. Jego gabinet dentystyczny, bojkotowany przez białych klientów w zemście za zaangażowanie w walkę o równouprawnienie, musiał zostać zamknięty. W 1965 r. Hayling przeprowadził się do Cocoa Beach, gdzie pomagał innym czarnoskórym, którzy musieli opuścić St. Augustine w znalezieniu pracy. W 1975 r. osiadł w Fort Lauderdale, gdzie pracował jako dentysta do emerytury. Często jednak pojawiał się w St. Augustine gdzie brał udział w różnych uroczystościach poświęconych upamiętnieniu walczących o równouprawnienie. Zmarł w wieku 86 lat, 20 grudnia 2015 r.

James Brock nigdy publicznie nie skomentował wydarzeń przedstawionych na słynnym zdjęciu. Nie były one z resztą końcem jego problemów. W lipcu 1964 r. pod jego motelem pojawiła się grupa aktywistów Ku Klux Klanu żądając ponownego jego wpisania na listę obiektów tylko dla białych. Brock zgodził się na to w celu pozbycia się intruzów. Kilka dni później, na polecenie lokalnego sądu, ponownie otworzył swój lokal dla czarnych. Krótko potem, restauracja jego hotelu została obrzucona dwoma koktajlami Mołotowa. Brock zmienił nazwę swego interesu na Monson Bayfront Resort a na początku XXI w. sprzedał go Kanti Patelowi, uznanemu hotelarzowi w St. Augustine. Patel zburzył obiekt w marcu 2003 r. (pomimo protestów przeciw zniszczeniu miejsca pamięci walki o prawa obywatelskie) i na jego miejscu wybudował Riverfront Hilton Hotel, który zaczął działać w 2005 r. Brock zmarł w St. Augustine w 2007 r. przeżywszy 85 lat.

Pochodzący z Tennessee Brock, w wieku 17 lat zaciągnął się do Marynarki Wojennej USA i służył w niej 10 lat, także w czasie Drugiej Wojny Światowej. Następnie osiadł w St. Augustine, gdzie zakupił motel Monson. Był członkiem kościoła Baptystów, klubu Rotary, lokalnej loży masońskiej oraz lokalnego funduszu zapomogowego. W swoim hotelu organizował wiele imprez charytatywnych w celu udzielenia pomocy weteranom marynarki wojennej. Niewielu znajomych Brocka żyje jeszcze w St. Augustine. Co ciekawe, nieliczni, którzy go pamiętają, nie postrzegają go jako postaci negatywnej, a raczej jako ofiarę historii, człowieka, któremu jeden moment utraty kontroli nad samym sobą zapewnił mroczny wizerunek u potomnych. Jego żyjący znajomi wspominają go jako społecznika i dobrego przedsiębiorcę, który wiele zrobił dla rozwoju turystyki w St. Augustine. "Był tym typem, który po cichu wykonuje swoją pracę dla innych" wspomina go jeden z nich po latach.

/źródła: staugustine.com, rarehistoricalphotos.com, en.wikipedia.org/

Kryptonim HHhH



Gdy wybieram się do kina, lubię przed seansem jak najmniej sugerować się recenzjami, opiniami i komentarzami. Często za zachętę może służyć mi sam plakat. Tak było w przypadku filmu "Kryptonim HHhH". Portret modelowego SS-mana, z wydatną szczęką i bladoniebieskimi oczami, trupią czaszką na otoku czapki, wszystko to w stalowoszarej tonacji oraz motto "Największą tajemnicę skrywał jeden człowiek". Wraz z tytułem i podejrzeniem, że owym osobnikiem z plakatu jest nie kto inny a szef wywiadu SS Reinhard Heydrich spodziewałem się filmu szpiegowskiego, pełnego tajemnic i zagadek. Niestety, spotkał mnie zawód. "Kryptonim HHhH" to film biograficzny. Pierwsza jego część ukazuje narodziny zbrodniarza. Od małomównego, pozbawionego polotu sztywniaka, z tendencją do wpadania w furię, przez upokorzonego i wściekłego frustrata, do mordercy, który w czasie służby osobiście nadzoruje masakry bezbronnych cywilów a po godzinach uprawia szermierkę i uczy grać syna na pianinie. Niestety, jest to obraz w kinematografii światowej kompleksowo już przerobiony. Dodatkowo, nie lubię filmów o postaciach jednowymiarowych. To samo dokuczało mi w filmie "Snowden", z tą różnicą, że tam bohaterem głównym była postać absolutnie dobra, natomiast w "Kryptonimie HHhH", absolutnie zła. Druga część filmu ukazuje przygotowania do zamachu na protektora Czech i Moraw dokonanego potem przez czeskich spadochroniarzy, którzy przybyli na tę akcję z Wielkiej Brytanii. Jest to nieco ciekawsza opowieść, jednak wciąż niczym nie zaskakująca. Z racji tego, że przebieg tej akcji jest dobrze opisany, nawet średnio zorientowany widz nie dowiaduje się o niej niczego nowego. Potencjał postaci Heydricha został tu moim zdaniem zmarnowany. Oprócz tego, że był on straszliwym zbrodniarzem, był także szefem wywiadu SS, zaangażowanym w misterne i niewyjaśnione do dziś operacje szpiegowskie - takie jak stymulowanie wielkiej czystki oficerów w ZSRR oraz być może, rozpracowania spisku antyhitlerowskiego tkanego przez admirała Wilhelma Canarisa. Mogła z tego powstać na prawdę ciekawa dla miłośników historii opowieść, a tak, mamy przed sobą zapis życia modelowego nazistowskiego zbrodniarza. Tego było już wiele. 

Roman Bratny


5 listopada 2017 r., przeżywszy 96 lat, zmarł Roman Bratny, wielki polski pisarz (nazwisko Bratny było jego pseudonimem konspiracyjnym - urodził się jako Roman Mularczyk). Był autorem wielu powieści, min. opisujących walkę pokolenia dwudziestolatków w czasie drugiej wojny światowej, z których najsłynniejszą pozostaje książka pt. "Kolumbowie, rocznik 20". W czasie wojny członek AK, związany także z tajemniczą konspiracyjną organizacją "Miecz i Pług" a następnie powstaniec Warszawski. Po wojnie przez krótki czas działał w polskich siłach zbrojnych we Francji a po powrocie do kraju wstąpił do PZPR. W latach 80-tych krytykował "Solidarność" czego wyrazem była powieść pt. "Rok w trumnie". 

10 listopada 2017 r. urna z prochami pisarza spoczęła na cmentarzu wojskowym na warszawskich Powązkach. Pogrzeb miał formę świecką z asystą wojskową. Obecne na nim było ok. pięćdziesiąt osób - rodzina, przyjaciele, czytelnicy oraz myśliwi, z którymi Bratny dzielił pasję. W przemówieniu w domu przedpogrzebowym mistrz ceremonii przywołał wobec Bratnego cytat Horacego - "zbudowałem pomnik trwalszy niż ze spiżu", zaznaczając jednocześnie, że sam Bratny z pewnością nie chciałby być żegnany z patosem. Wolałby spocząć w leśnej ciszy, gdzieś na Mazurach. Następnie kondukt pogrzebowy, w eskorcie żołnierzy kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego przeszedł drogę do kwatery żołnierzy walczących, w której spoczęła urna z prochami pisarza.

Zebranym został odczytany list Stanisława Likiernika, żołnierza Kedywu, przyjaciela Bratnego od czasów wczesnego dzieciństwa i jego towarzysza broni z czasów wojny i powstania warszawskiego. Na początku autor listu wspomniał o ich młodych latach, gdy w okolicach miasteczka, w którym ich ojcowie, oficerowie WP, pełnili służbę, brał udział w polowaniach, które stały się obok książek, jego największą pasją. Już jako dwunastoletni chłopiec strzelał z flinty najlepiej ze wszystkich, czym wprawiał w zdenerwowanie panów oficerów. Potem, gdy obaj zamieszkali w Konstancinie, Stanisław i Roman założyli bandę i walczyli z konkurencyjną bandą chłopców, w których rzucali woreczkami z kurzem z dróg (bo w Konstancinie były wtedy jeszcze gruntowe drogi) i końskim nawozem. Potem przyszła ta prawdziwa wojna. Pewnego dnia tylko dzięki znakomitym umiejętnościom aktorskim Bratnego ocalił on życie, gdy Gestapo znalazło w piwnicy jego domu, tajną radiostację polskiego ruchu oporu. Udał wtedy zaskoczonego, niczego nieświadomego gospodarza. Likiernik odwiedzał wtedy Bratnego raz w tygodniu i gdy omówili sprawy konspiracji, Bratny sadzał ich obu na fotelach i przez kilka godzin w milczeniu czytali książki. Potem przyszło powstanie. Gdy Likiernik leżał ranny w szpitalu na Marszałkowskiej, myślał, że walka się już dla niego skończyła. Dlatego gdy Bratny go odwiedził, oddał mu swoją parabelkę. Ale potem przyszedł Czerniaków, Likiernik został ponownie ranny - i gdyby miał wtedy ten pistolet ze sobą, zapewne strzeliłby sobie w łeb. Poczytuje to do dziś Bratnemu za uratowanie życia, choć Bratny nigdy po wojnie mu tej parabelki nie oddał. Po wojnie, na emigracji we Francji, Likiernik znalazł się w trudnej sytuacji. Ciężko pracował fizycznie aby utrzymać rodzinę i gdy w końcu zdecydował się na powrót do Polski, Bratny uczynił go kimś ważnym - gdyż to właśnie Likiernik, obok Stanisława Sobieszczańskiego był jednym z pierwowzorów bohatera tej książki, Stanisława Skiernika. Likiernik sam nie mógł się oderwać od ich lektury w momencie, gdy przychodziło na świat jego kolejne dziecko. Po wojnie Bratny oddawał się z lubością polowaniom, na które zabierał Sobieszczańskiego - co dla tego drugiego musiało być ciężkie, gdyż był człowiekiem, który muchy by nawet nie skrzywdził i pewnie jeździł na nie tylko dla towarzystwa. Sam Likiernik był wdzięczny Bratnemu za to, że go na te polowania nie brał, bo po wojnie miał już po wsze czasy dość strzelania.

Pod koniec życia Bratny mówił: "tak naprawdę umarłem w 1944 roku, mając 20 lat. Reszta to dodatek, bonus i premia, którą dostałem. Większość moich przyjaciół tego nie dostała, choć zasługiwali bardziej niż ja. Wystarczy, bo to naprawdę wobec nich nie w porządku".

Zakładając tego bloga miałem zamiar unikać na nim treści osobistych. Tym razem jednak nie mogę. Mimo, że nigdy nie dane mi było porozmawiać z Bratnym, czuję się jakbym stracił kogoś bliskiego. Wierzę, że wielka sztuka zawsze się obroni i pomimo obecnej polityki historycznej Polski, książki Bratnego nigdy nie zostaną zapomniane. Cześć jego pamięci!








Trzecia droga spisku


Ujawnienie przez prezydenta Trumpa ok. 3000 z 4000 dokumentów w sprawie zabójstwa JFK, czy raczej zmiana decyzji w ostatniej chwili i nieujawnienie na wyraźną sugestię FBI i CIA ok. 1000 z nich, przypomniała opinii publicznej o sprawie zabójstwa 35-ego  prezydenta USA w Dallas, w 1963 r. 

Powstało wiele teorii nt. zamachu na JFK. W rolę podejrzanych wchodzili kolejno FBI, CIA, Fidel Castro, Wietnamczycy z Południa, Mafia, prawicowi emigranci kubańscy, rzecz jasna ZSRR, a nawet PRL. Sprawę próbował rozwikłać prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison oraz znana dziennikarka śledcza Dorothy Kilgallen. Oprócz tego, za jej wyjaśnianie wzięło się wielu prywatnych detektywów, śledczych i specjalistów. Najciekawszą moim zdaniem teorię, tłumaczącą zdarzenie z Dallas, przedstawił ekspert ds. balistyki oraz strzelec wyborowy, Howard Donahue.

W 1967 r. telewizja CBS przeprowadziła własne śledztwo, w którym skoncentrowała się na aspekcie balistycznym sprawy. Odtworzono w ramach niego scenerię zamachu i poproszono jedenastu doświadczonych strzelców o powtórzenie rzekomego wyczynu Oswalda. Strzelali oni z wieży strzelniczej o wysokości odpowiadającej szóstemu piętru składnicy książek, z której strzelał ujęty zamachowiec, do ruchomego celu wielkości człowieka, poruszającego się na mobilnym wózku z prędkością, jaką tego pamiętnego dnia poruszała się pancerna limuzyna SS-100-X, którą JFK przemierzał ulice Dallas. Tylko jeden z uczestników eksperymentu, wspomniany Donahue, zdołał oddać trzy celne strzały. I to dopiero za trzecim podejściem. Od tej pory wyjaśnienie sprawy zabójstwa JFK stało się jego życiową misją. W toku swego wnikliwego i długotrwałego dochodzenia, doszedł on do następującego wniosku: 

rzeczywistym (choć przypadkowym) zabójcą albo współzabójcą prezydenta był niejaki George Hickey (1923-2005), agent Secret Service (amerykański odpowiednik BOR-u), który jechał w jednej z limuzyn feralnego konwoju.

Donahue oparł ten wniosek min. na następujących przesłankach:

- Pocisk pełnopłaszczowy kalibru 6.5 mm wystrzelony z karabinu Carcano M91/38, którego użył Oswald, nie byłby w stanie, zwłaszcza przy wystrzale ze znacznej odległości, rozłupać czaszki osoby stanowiącej cel (abstrahując od faktu, że było mało prawdopodobne, że człowiek o umiejętnościach strzeleckich Oswalda - udokumentowanych z czasów jego służby wojskowej, co najwyżej średnich - byłby w stanie dwukrotnie trafić JFK w tamtych okolicznościach). Ta pochodząca jeszcze z czasów Drugiej Wojny Światowej broń włoskiej produkcji była zaprojektowana w ten sposób, aby nie zabijać przeciwnika a jedynie go unieszkodliwiać, dając mu szansę na przeżycie. Ponad wszelką wątpliwość, pocisk taki nawet gdyby uśmiercił prezydenta, przeszedłby przez jego głowę na wylot.

- Tenże pocisk, nawet gdyby utknął w głowie prezydenta, nie mógłby rozpaść się na wiele części. A to wykazała analiza zdjęć rentgenowskich głowy prezydenta, której dokonał dr James Humes, patolog ze szpitala Marynarki wojennej w Bethesda. To on przeprowadził sekcję zwłok prezydenta, kilka godzin po zamachu. Wskazał on na ok. czterdzieści różnej wielkości kawałków, nie przepuszczających promieniowania, rozsianych po całym mózgu. Zeznanie tej treści złożył przed Komisją Warrena, która jednak całkowicie je zignorowała.

- Rozłupać czaszkę i zabić ofiarę na miejscu mógł pocisk rozpryskowy kalibru 5.56 mm., którym ładowane były karabiny maszynowe AR-15, używane przez agentów Secret Service.

- Dziesięciu świadków podróżujących w kolumnie pojazdów, lub przez nią mijanych zeznało, że poczuło zapach prochu. Tego dnia wiatr wiał z prędkością 25km/s w kierunku od wiaduktu do składnicy a nie na odwrót. Okoliczność ta świadczy o tym, że dymiąca broń znajdowała się w którymś z samochodów konwoju.

Donahue napisał w tej sprawie list do Secret Service, w którym zapytał jakiej broni używali agenci ochraniający prezydenta w Dallas. Odpowiedź agencji była następująca - agenci używali wyłącznie rewolwerów, których nie użyli w czasie całej akcji. Kłam temu oświadczenie zadaje jednak jedno ze zdjęć, na którym widać wyraźnie, że agent George Hickey jadący w drugiej limuzynie za prezydencką, trzyma w rękach karabin AR-15.

Wg. Donahue przebieg wydarzeń był następujący. Po usłyszeniu strzałów oddanych przez Oswalda, agenci Secret Service poderwali się i zaczęli rozglądać. Hickey położył palec na spuście swojego karabinu i go odbezpieczył, jednak po chwili gdy kierowcy zorientowali się co się stało, dość gwałtownie przyspieszyli. Hickey opadł na siedzenie w wyniku zrywu samochodu do ruchu a jego palec mimowolnie pociągnął za spust. Kula przeleciała nad głowami agentów znajdujących się w drugim samochodzie i trafiła siedzącego w trzecim pojeździe JFK w głowę. Hipoteza ta została podparta przez Donahue szeregiem eksperymentów, analiz i badań. Zostały one zebrane i opisane w wydanej w 1992 r. książce pt. "Mortal Error", pióra Bonara Menningera, wraz ze wszystkimi informacjami przekazanymi przez Donahue. On sam nie wyklucza, że JFK zabił poprzedni strzał Oswalda, który przeszedł przez szyję prezydenta. Nie odnosi się również w żaden sposób do tego, czy Oswald działał w ramach jakiegoś spisku, czy też samodzielnie.

Gdyby teoria Donahue była prawdziwa, tłumaczyłoby to niechęć władz amerykańskich do ujawniania całości materiałów sprawy. Przypadkowe zabójstwo prezydenta kraju przez jednego z jego ochroniarzy byłoby olbrzymią kompromitacją.

/źródło: Paweł Łepkowski, "Przypadkowa Kula" - Uważam Rze HISTORIA, nr 56, listopad 2016/ 

Zgoda


Nigdy chyba nie usłyszałem takiej ciszy po seansie, jak po projekcji filmu pt. "Zgoda". Kilkanaście osób zgromadzonych w sali warszawskiego kina Wisła opuszczało ją w całkowitym milczeniu. Świeża produkcja w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego ukazuje rzeczywistość Śląska końca wojny, przenosząc widza do wnętrza jednego z polskich obozów karnych przeznaczonych dla Niemców, Ślązaków i Polaków uznanych za wrogów władzy ludowej. Kanwą opowieści jest mgliście zarysowany trójkąt miłosny Polaka, Polki i Niemca, którzy niegdyś mieszkali w jednej wsi a następnie trafili za druty kolczaste w różnych rolach - Polak jako strażnik, Polka i Niemiec jako więźniowie. Treścią tego obrazu jest gehenna więźniów, na których polsko-żydowska załoga obozu mści się za zbrodnie dokonane przez Niemców w czasie kończącej się wojny. Film ukazuje zarówno okrucieństwo i postępującą degenerację zwycięzców jak i straszny los pokonanych (niezależnie od ich winy lub jej braku). Pozostawia on spore pole dla widza w zakresie interpretacji, gdyż wiele wątków nie jest do końca wyjaśnionych. Od strony technicznej, utrzymany jest w bladej tonacji, zapisany na jakby wyblakłej taśmie filmowej. W dobie dominacji heroicznej wersji historii i ścisłego zespolenia jej z propagandą, "Zgoda" jest bez wątpienia perełką, którą docenią wszyscy Ci, którzy dążą do poznania historii prawdziwej, nawet jeśli niewygodnej. W tym zakresie, film ten stanowi bardzo dobre uzupełnienie "Wołynia" Wojciecha Smażowskiego. Wszystkich, którzy chcieliby zgłębić tematykę obozu w Świętochłowicach i innych licznych placówek tego typu we wczesnej Polsce Ludowej odsyłam do książki autorstwa Johna Sacka, pt. "Oko za oko", opowiadającej o powojennej działalności żydowskich oficerów UB, którzy mścili się na Niemcach osadzonych w licznych obozach na Śląsku, budowanych nierzadko na bazie dawnych tego typu placówek niemieckich.

Jose i Irma


Huragan Jose właśnie umiera u wybrzeży Massachusetts. Choć zachowywał się dziwnie i nieobliczalnie, nie wywołał większych szkód. Podążał za straszliwą Irmą, jednak jakby pchnięty Bożym palcem, skręcił nagle tuż przed umęczoną Barbudą na północ by rozładować swą wściekłość nad oceanem. Wysokie fale podniesione przez jego resztki zalały kawałek drogi międzystanowej w Północnej Karolinie, jednak poważnych zniszczeń nie było wcale.

Koniec sekwencji trzech huraganów nad Karaibami (Katia, Irma, Jose), dość szeroko relacjonowanej przez polskie media, skłonił mnie aby co nieco poczytać o tym zjawisku. Jest to wiedza szeroka i fascynująca, jak się jednak okazuje, nie warto jej czerpać z naszych serwisów informacyjnych. Przez cały czas trwania niszczycielskiej podróży Irmy, miałem wrażenie, że jest ona prezentowana jako największy, najstraszniejszy i najsilniejszy huragan jaki kiedykolwiek odnotowano. To zupełna nieprawda.

Trudno jest ocenić jednoznacznie huragan, gdyż ma on wiele cech, zarówno fizycznych jak i pozafizycznych (np. trasę którą się porusza). W różnych kategoriach, różne huragany zdobywały palmę pierwszeństwa, jednak Irma w żadnej z nich nie zdeklasowała konkurencji. Najbardziej intensywnym odnotowanym huraganem była Wilma z 2005 r., wewnątrz której ciśnienie atmosferyczne było najniższe ze zbadanych i wyniosło 882 hPa (dla porównania Irma osiągnęła wynik "zaledwie" 914 hPa i nie zmieściła się nawet w pierwszej dziesiątce złowieszczych rekordzistów). Jeśli chodzi o prędkość wiatru wewnątrz huraganu, palmę pierwszeństwa dzierży huragan Allen z 1980 r., w którego wnętrzu powietrze poruszało się z przerażającą prędkością 305 km/h (tutaj Irma zajmuje silne drugie miejsce, ex aequo z trzema innymi huraganami, z wynikiem 295 km/h). W rankingu huraganów o największym potencjale destrukcji (na który składa się wiele czynników i parametrów) na pierwszym miejscu lokuje się huragan Carla z 1961 r. Jeśli chodzi o rozmiar, miejsce pierwsze w rankingu wszech czasów zajmuje huragan Sandy z 2012 r., którego średnica wyniosła 1520 km (Irma, w tej kategorii nie mieszcząca się w pierwszej piątce, miała średnicę 676 km). W kategorii kosztów strat spowodowanych przez huragan, miejsce pierwsze zajmuje sławny huragan Katrina - szkody przez niego spowodowane wyniosły 108 mld $ (Irma ma na koncie niecałe 63 mld $ co jest czwartym wynikiem na liście). I w końcu chyba najbardziej wymowny wskaźnik, mówiący o niszczycielskim działaniu huraganu, a mianowicie ilość śmierci przez niego spowodowanych. Choć oczywiście życie ludzkie jest bezcenne i nie należy go przeliczać na sztuki, statystyka ma swoje prawa - Irma zabrała z tego świata 102 ludzkich istnień. W tej kategorii, wypada ona bardzo blado. Najstraszniejszym huraganem, o którym wiadomo był nienazwany, wielki huragan z 1780 r., który spustoszył Antyle. Wg ustaleń historyków, uśmiercił on ponad 22 000 ludzi. Na drugim miejscu plasuje się huragan Mitch - w 1998 r. uderzył on w Amerykę Środkową i zebrał żniwo 19 325 ofiar.

Reasumując - choć oczywiście Irma wyrządziła ogromne spustoszenia a mieszkańcy Małych Antyli przeżyli wielką tragedię, której ze wszech miar należy im współczuć, Irma nie była absolutnie największym i najbardziej niszczycielskim huraganem w historii.

A na koniec ciekawostka. Bardzo interesującą konkurencją, w której rywalizują huragany jest produkcja tornad. Tutaj rekordzistą jest huragan Ivan z 2004 r., który spowodował ich aż 120.

/powyższe statystyki dotyczą huraganów, jak zwykło się nazywać tropikalne burze powstające nad Atlantykiem. Te które powstają nad Pacyfikiem zwą się tajfunami i mają swoją odrębną "ligę". Na zdjęciu pozostałości huraganu Jose, źródło: NASA's Hurricane Web Page/

Aktualizacja, 3 października 2017 r.:

Akt zgonu huraganu Jose został wydany z datą 26 września 2017 r. Niestety, niedługo przed zniknięciem, zdołał on zabrać ze sobą na tamten świat jedną jedyną ofiarę. Była nią 42-letnia kobieta, pochodząca ze wsi Harriman w stanie Nowy York, niejaka Erin Higgins, pracowniczka społeczna szpitala psychiatrycznego Hudson Valley Mental Health w Beacon (stan Nowy York). 23 września 2017 r., ok. godziny trzeciej po południu, zażywała kąpieli w morzu, w miejscu, w którym woda sięgała średniego wzrostu osobie do piersi, przy plaży w miejscowości Asbury Park (stan New Jersey). Towarzyszył jej 54-letni Ronald Renshtie ze wsi Walkill (stan Nowy York). W pewnym momencie oboje zostali porwani przez silny prąd strugowy, będący daleką pochodną działania huraganu Jose. Renshtie zdołał go przezwyciężyć, dopłynąć do brzegu i wezwać pomoc. Higgins cały czas jednak pozostawała w wodzie, stale odpychana od brzegu. Po wydobyciu przez przybyłych na pomoc strażaków, była nieprzytomna, jednak jej puls był wyczuwalny. Została niezwłocznie przewieziona do szpitala, gdzie następnego dnia zmarła. Gdy wydawało się, że ekscentryczny, wydający się tajemniczym cieniem straszliwej Irmy Jose opuści ten padół nie biorąc ofiary krwi, on postanowił powiedzieć ostatnie słowo. Wieczny spokój zmarłej.

Trasa huraganu Jose