Osobliwy pracodawca



Otto Skorzeny pozostaje jednym z najlepiej znanych żołnierzy Adolfa Hitlera. Nieustraszony komandos a zarazem gorliwy nazista przeszedł do historii dzięki kilku brawurowym akcjom, którymi dowodził w czasie II Wojny Światowej. Odbicie z rąk aliantów Mussoliniego czy uprowadzenie syna admirała Horthy’ego zapewniły mu na zawsze miejsce w historii największego konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Niedawno jednak, za sprawą opiniotwórczej izraelskiej gazety Haaretz, światło dzienne ujrzały szczegóły, dzięki którym jego biografia wzbogaciła się o dodatkowy, bardzo zaskakujący rozdział. Wiele lat po wojnie pierwszy komandos Hitlera podjął pracę u najbardziej chyba nieoczekiwanego pracodawcy - izraelskiego wywiadu Mossad.

Otto Skorzeny urodził się w 1908 r. w Wiedniu, w średniozamożnej rodzinie, przywiązanej do patriotycznych tradycji Imperium Austo-Węgierskiego. Od dzieciństwa wykazywał się odwagą i śmiałością, wysoką sprawnością fizyczną a zarazem umiejętnością snucia złożonych, nieprawdziwych opowieści, którymi sprawnie zwodził ludzi. Wszystkie te umiejętności będzie w przyszłości umiejętnie wykorzystywać. Od młodości czuł się Niemcem, czemu dał wyraz wstępując do austriackiej sekcji NSDAP oraz do jej bojówki SA. Z entuzjazmem witał niemieckie wojska, które zajęły Austrię w 1938 r. Gdy w 1939 r. Niemcy uderzyły na Polskę, Skorzeny porzucił pracę w firmie budowlanej i zgłosił się na ochotnika do 1 Dywizji Pancernej SS "Leibstandarte Adolf Hitler". Brał udział w działaniach wojennych w Polsce a potem w ZSRR. Znakomicie odnalazł się w roli dowódcy oddziałów komandosów, odnosząc spektakularne sukcesy. 


Odznaka dywizji Leibstandarde

We wrześniu 1943 r. zdobył wielką sławę, odbijając z rąk nowego rządu włoskiego dawnego faszystowskiego dyktatora Benita Mussoliniego. Grupa 26 komandosów SS (w tym Skorzeny) i 82 spadochroniarzy Luftwaffe wylądowała dziewięcioma szybowcami DFS-230 w dolinie pod masywem Gran Sasso, na którego szczycie, w hotelu Campo Imperatore więziony był włoski dyktator. Grupa operacyjna uwolniła Duce bez ani jednego wystrzału. Chociaż akcja była wspólnym dziełem generała Kurta Studenta, majora Otto-Haralda Morsa (obaj z Luftwaffe) oraz Skorzenego, to ten ostatni zebrał za nią całość sławy, odlatując z Mussolinim na pokładzie samolotu krótkiego startu i lądowania Fi-156 Storch. Maszyna ta, pilotowana przez znakomitego pilota Heinricha Gerlacha, wylądowała na łące przy hotelu. Pomimo jego protestów, Skorzeny nie chcąc wypuścić z rąk trofeum w postaci Mussoliniego wsiadł z nim na pokład, nadmiernie przeciążając maszynę, gdyż była to konstrukcja dwuosobowa. Samolot nie mógł nabrać wysokości a dodatkowo przy starcie uszkodzone zostało jedno z trzech kół jego podwozia. Jednak ostatecznie cała trójka dotarła bezpiecznie do wyznaczonego lotniska, gdzie Skorzeny z Mussolinim przesiedli się na pokład Heinkla-111 i przed obiektywami kamer wylądowali w Wiedniu. W przypisaniu tego sukcesu wyłącznie SS pomogli aktywnie Heinrich Himmler i Joseph Goebbels. Za akcję w Gran Sasso Skorzeny otrzymał Krzyż Rycerski i awans na stopień Sturmbannfuhrera (odpowiednik majora w SS). Warto też przypomnieć, że w trakcie wcześniejszych działań w ramach operacji uwolnienia Mussoliniego, samoloty którymi podróżował Skorzeny były dwukrotnie zestrzeliwane - on sam uszedł z życiem raz skacząc na spadochronie a za drugim razem, po wodowaniu, uratował go włoski niszczyciel. 


Skorzeny i Mussolini tuż po uwolnieniu go z hotelu Campo Imperatore

Fi-156 Storch, którym Skorzeny, Mussolini i Gerlach odlecieli z Gran Sasso



Szybowce DFS-230 w locie nad Włochami, w asyście Ju-87 Stuka

Drugą spektakularną akcją w wykonaniu Skorzenego było uprowadzenie pod koniec wojny syna regenta Węgier Miklosa Horthy'ego - tzw. operacja Eisenfaust. Węgierski przywódca widząc nieuchronną klęskę III Rzeszy rozpoczął tajne negocjacje pokojowe z ZSRR. Dzięki porwaniu Miklosa Horthy'ego juniora, Hitler mógł wymóc na węgierskim przywódcy rezygnację i zastąpić go Ferencem Szalasim z pronazistowskiej partii Strzałokrzyżowców. W wyniku tego wojska niemieckie walczące na Bałkanach nie zostały odcięte od dostaw, a wojska węgierskie walczyły u boku Niemiec na Słowacji i w Austrii do końca wojny. Oprócz tego, doszło do zagłady ok. 15.000 węgierskich Żydów. Za przeprowadzenie operacji Eisenfaust Skorzeny otrzymał awans na Obersturmbannfuhrera (podpułkownika).

Pod koniec wojny komando Skorzenego, złożone z żołnierzy znających angielski i przebranych w amerykańskie mundury, siało dywersję na tyłach wojsk alianckich posuwających się w głąb Francji z Normandii. On sam planował akcję zabicia gen. Eisenhowera jednak ten zarządził akcję jego poszukiwań na szeroką skalę, rozwieszając za nim listy gończe we francuskich miasteczkach (Skorzeny był wyróżniającą się postacią - miał prawie 2m wzrostu i charakterystyczną bliznę na policzku). W efekcie 23 żołnierzy Skorzenego zostało ujętych przez Amerykanów a 18 z nich rozstrzelanych jako szpiedzy za łamanie prawa wojennego poprzez noszenie mundurów wrogiej armii. Sam Skorzeny pojawił się jeszcze w styczniu i lutym 1945 r. w Prusach Wschodnich a następnie 17 marca 1945 r. próbował wysadzić ostatni most na Renie w miejscowości Remagen. Przed pojmaniem przez wojska alianckie, Hitler zdążył jeszcze odznaczyć Skorzenego dębowymi liśćmi do Krzyża Rycerskiego.

Otto Skorzeny wizytuje 500 batalion spadochronowy SS na Pomorzu

Po wojnie Skorzeny był więziony i sądzony  przez Amerykanów w tzw. procesach Dachau. Zarzuty wobec niego dotyczyły walki w mundurach wrogiej armii. 9 sierpnia 1947 r. został uniewinniony - sąd nie znalazł dowodów na to, że Skorzeny walczył z jednostkami amerykańskimi w mundurze amerykańskim a jedynie używał go jako kamuflażu w przedarciu się na tyły wroga, co wg sądu stanowiło legalny element sztuki wojennej. Oczekując w obozie przejściowym w Darmstadt na wynik procesu denazyfikacyjnego, Skorzeny uciekł z pomocą trzech byłych oficerów SS, przebranych w mundury amerykańskiej żandarmerii wojskowej, którzy rzekomo przyjechali po niego aby zabrać go na przesłuchanie do Norymbergi. Następnie ukrywał się w Bawarii, był widziany w Paryżu i w Austrii (gdzie spotykał się z weteranami SS) by w końcu używając paszportu bezpaństwowca przedostać się do Hiszpanii. Tam znalazł bezpieczny azyl i założył mała firmę budowlaną. Za życia stał się legendą. W czasie wojny określany przez wywiady brytyjski i amerykański jako najniebezpieczniejszy człowiek w Europie był bohaterem dla licznych niedobitków nazizmu, z którymi utrzymywał rozległe kontakty. Zajął się także pisaniem wspomnień, w których min. intensywnie wybielał  swoją rolę w działaniach wojennych. Ich publikacja przez francuski dziennik Le Figaro doprowadziła do zamieszek ok. 1500 komunistów francuskich pod jego redakcją.

Skorzeny Odwiedzał także Argentynę i Egipt, gdzie doradzał tamtejszym władzom w zakresie bezpieczeństwa. W tym drugim państwie poznał niemieckich oficerów zatrudniających jako ekspertów niemieckich naukowców, pracujących w czasie wojny nad rakietami V-1 i V-2 zaangażowanych w rozwój egipskiego programu rakietowego.

Mossad od jakiegoś czasu planował zabicie Skorzenego czego on sam się domyślał. Jednak szef agencji Iser Harel wpadł na inny pomysł - zamiast zabijać legendarnego komandosa, postanowił go zwerbować. Szalony na pozór pomysł miał w pełni logiczną podbudowę. Program rakietowy Egiptu stanowił bezpośrednie zagrożenie dla Izraela a jego ważną częścią byli niemieccy naukowcy, nienawidzący Żydów. Aby przeniknąć do tego środowiska Mossad potrzebował nazisty. I to takiemu, któremu inni naziści zaufają. A Skorzeny był dla niedobitków nazizmu ikoną.

Iser Harel

Do zadania tego wyznaczony został agent Mossadu Yosef Raanan. Tak jak Skorzeny, urodził się w Austrii, jako Kurt Weisman. W 1938 r. w ostatniej chwili uciekł z rodziną do Palestyny. Tam chcąc walczyć z Niemcami wstąpił do RAF. W 1947 r. po powstaniu niepodległego Izraela, zgodnie z panującym wtedy trendem, zmienił imię i nazwisko na hebrajskie. W 1957 r. został zwerbowany przez Mossad i wysłany do Niemiec w celu infiltracji środowiska niemieckich naukowców, którzy kursowali między Berlinem a Kairem. To on zasugerował szefowi agencji zwerbowanie Skorzenego.

Po miesiącach obserwowania i podsłuchiwania obiektu w Hiszpanii, Mossad przystąpił do werbunku. Pewnego wieczora w pierwszych miesiącach 1962 r. Skorzeny ze swą młodą żoną Ilse von Finckenstein (nota bene krewną Hjalmara Schachta, ministra finansów Rzeszy) odpoczywał w ekskluzywnym barze hotelowym w Madrycie. W pewnym momencie barman przedstawił im inną parę, która akurat przebywała w tym samym lokalu. Była to piękna kobieta ok. dwudziestki i jej dobrze ubrany partner, ok. czterdziestki. Oboje mówili po niemiecku z austriackim akcentem, tak samo jak Skorzeny. Opowiedzieli, że padli ofiarą kradzieży kieszonkowej i stracili wszystko co mieli przy sobie - dokumenty i pieniądze. Byli tak czarujący, że Skorzeny zaprosił w końcu nowopoznanych do spędzenia nocy w jego willi. Po dotarciu do niej Skorzeny jednak natychmiast dał do zrozumienia, że nie stracił czujności. Wyciągnął pistolet i skierował go w stronę gości, oznajmiając im, że dobrze wie kim są. "Jesteście z Mossadu i przyszliście mnie zabić". Mężczyzna odpowiedział spokojnie "Ma pan rację w połowie. Jesteśmy z Mossadu, ale gdybyśmy chcieli pana zabić, stałoby się to już kilka tygodni temu". Skorzeny odpowiedział "A może po prostu ja Was zabiję?". Kobieta odpowiedziała komandosowi "Jeśli nas zabijesz, przyjdą następni, którzy nie będą się silili na picie drinków z Tobą. Nie ujrzysz nawet ich twarzy za nim Twój mózg eksploduje. A my tylko chcemy abyś nam pomógł". Skorzeny nie opuszczając pistoletu, zapytał o jaką przysługę chodzi. Agent Mossadu odpowiedział, że Izrael potrzebuje informacji, które Skorzeny może pomóc zdobyć a za które Mossad może dobrze zapłacić. "Pieniądze mnie nie interesują. Mam ich wystarczająco wiele." Ku zaskoczeniu agentów Mossadu Skorzeny zażądał aby jego nazwisko zostało usunięte z listy zbrodniarzy wojennych Szymona Wiesenthala, żydowskiego łowcy nazistów. "Jasne, to da się załatwić" usłyszał w odpowiedzi. Wówczas opuścił pistolet a obaj mężczyźni podali sobie dłonie.

Szymon Wiesenthal

Żądanie Skorzenego wynikało wprost z jego obawy o swoje życie. Każdy umieszczony na liście Wiesenthala był potencjalnym celem dla Mossadu. Świeże było wspomnienie uprowadzenia przez Izrael Adolfa Eichmanna, którego długa ręka Mossadu dosięgła w Argentynie. Sam Skorzeny choć w swych pamiętnikach zaprzeczał aby brał udział w jakichkolwiek zbrodniach, mógł mieć wiele na sumieniu, gdyż jako członek SS brał udział w działaniach wojennych w Polsce i ZSRR, gdzie jego formacja dokonywała straszliwych zbrodni na jeńcach i ludności cywilnej. Agenci Mossadu z pewnością nie wierzyli w jego zapewnienia, jednak w tej konkretnej sprawie wykazali się pełnym profesjonalizmem - pomimo odrazy, mieli na względzie wyższy cel operacji. 

I tak zaczęła się niezwykła współpraca byłego SS-mana z Mossadem. Jej pierwszy etap obejmował wizytę Skorzenego w Izraelu. Jego opiekunem w czasie jej trwania był Raanan. Skorzeny został przedstawiony Harelowi, przez którego został przesłuchany i otrzymał od niego instrukcje i wskazówki. Wizyta obejmowała także odwiedziny w muzeum instytutu Yad Vashem, poświęconym 6 milionom ofiar Holokaustu. Skorzeny oglądał ekspozycję w skupieniu i wydawało się, że okazywał szacunek. Tam doszło do niezwykłego zdarzenia. Jedna z obecnych w instytucie osób, które przeżyły Holokaust pokazała Niemca palcem i powiedziała "zbrodniarz wojenny". Raanan natychmiast zareagował jak rasowy agent odpowiadając "Mylisz się. To mój krewny, który tak jak ja został ocalony z Holokaustu".

Skorzeny szybko dał się poznać jako lojalny i gorliwy współpracownik. Poleciał do Egiptu i zebrał dane wielu niemieckich naukowców, pomagających w rozwoju programu rakietowego. Przekazał także Mossadowi listę firm europejskich, które dostarczały Egiptowi potrzebnych do jego rozwoju materiałów, części i technologii. Zaskoczył Mossad swoją inwencją i aktywnością - w czasie podróży do Egiptu wysyłał paczki z bombami. Jedna z nich zabiła pięciu Egipcjan w placówce nr 333, gdzie pracowali niemieccy naukowcy. Osobiście zastrzelił także Heinza Kruga - niemieckiego naukowca z zespołu Wernera von Brauna, który w czasie Drugiej Wojny Światowej w ośrodku badawczym w Pennemunde pracował nad niemiecką bronią rakietową. Krug odrzucił propozycję swego dawnego szefa, który chciał go ściągnąć do pracy dla NASA i wybrał inną drogę, bardziej atrakcyjną dla zagorzałego nazisty, którym był - dołączył do zespołu profesora Wolfganga Pilza (swego mistrza), pracującego dla Egiptu, wówczas głównego wroga znienawidzonego przez niemieckiego naukowca państwa żydowskiego.  Krug podróżował często między Monachium a Kairem, czym szybko zwrócił uwagę. Zaczął otrzymywać liczne pogróżki od Mossadu, które wprawiały go w rozstrój psychiczny. W pewnym momencie, zwrócił się o pomoc do Skorzenego, który dla nazistów był bohaterem a dla Kruga nadzieją na ocalenie. Przyjął go w swoim biurze w Monachium, przekonany że wspólnie opracują strategię ochrony naukowców niemieckich w Europie pracujących przeciwko Izraelowi. Skorzeny zaproponował mu przejażdżkę swoim Mercedesem za miasto, w celu odbycia bezpiecznej rozmowy w lesie. Jednocześnie poinformował pasażera, że zorganizował także zabezpieczenie w postaci trzech ochroniarzy, którzy podróżowali w drugim samochodzie, który zaczął podążać za nimi. Gdy dojechali na miejsce, Skorzeny bez słów wyjął pistolet i zastrzelił Kruga. Trzej agenci Mossadu obecni przy egzekucji (jednym z nich był późniejszy premier Izraela Icchak Szamir) zakopali jego zwłoki w ziemi, uprzednio polewając je kwasem a następnie skrapiając prowizoryczną mogiłę sokiem z cytryny, w celu zmylenia psów policyjnych oraz dzikich zwierząt.

Kampania skierowana przeciw niemieckim naukowcom pracujących dla Egiptu (w nomenklaturze Mossadu określana jako Operacja Damokles) przyniosła dobre efekty. Większość z nich opuściła Egipt i zakończyła współpracę tym państwem. Jednak ze względu na straty wizerunkowe (po wpadkach niektórych zespołów agentów) oraz ryzyko pogorszenia stosunków z RFN (która sprzedawała Izraelowi broń), premier Izraela David Ben Gurion nakazał zakończenie tej operacji. Harel złożył wówczas rezygnację ze stanowiska dyrektora Mossadu, którą ku jego zaskoczeniu Ben Gurion przyjął. Kolejny szef agencji, gen. Meir Amit obrał już inne priorytety niż eliminację pozostałych przy życiu nazistowskich zbrodniarzy.

Żądanie Skorzenego nigdy nie zostało spełnione - Wiesenthal nie usunął jego nazwiska ze swojej listy. Mossad nie mogąc go do tego przekonać, spreparował fałszywy list od łowcy nazistów do Skorzenego, informujący o spełnieniu jego życzenia. Niezależnie od powyższego Skorzenemu do końca życia włos z głowy nie spadł - zmarł na raka w 1975 r. w Madrycie. Miał dwa pogrzeby - jeden w Madrycie a drugi w Wiedniu. Oba zgromadziły dużą ilość nazistów, którzy otwarcie okazywali gest hitlerowskiego pozdrowienia a jego medale i odznaki, z których wiele zawierało na sobie swastykę, były dumnie prezentowane. Wśród tłumów była jedna osoba, która nie pasowała do tego towarzystwa. Był to Yosef Raanan jego były oficer prowadzący, który wówczas był już jedynie przedsiębiorcą w Izraelu. W pogrzebie zdecydował się wziąć udział prywatnie, na własną rękę organizując lot i pokrywając wydatki z własnej kieszeni.


Wydarzenia te zreferowali dziennikowi Haaretz dwaj byli agenci Mossadu, którzy zastrzegli sobie anonimowość. Jednak ze względu na poważny charakter tego opiniotwórczego tytułu, można traktować ten przekaz jako wiarygodny.

Jakie były motywacje Skorzenego? Możemy jedynie spekulować, że była to kombinacja trzech przyczyn. Po pierwsze ulubiony komandos Hitlera kupował ubezpieczenie na życie. Doskonale wiedział, że znajduje się na liście potencjalnych celów Mossadu a jego zabójstwo jest prawdopodobne. Po drugie zapewne brakowało mu emocji i adrenaliny, chciał brać udział w ryzykownych akcjach i mieć wpływ na bieg historii, co było naturalne dla dowódcy komandosów. Po trzecie być może odczuwał wyrzuty sumienia z powodu wyborów których dokonał w życiu i chciał w jakimś sensie odpokutować za błędy młodości. O tym ostatnim możemy jednak tylko domniemywać, gdyż Skorzeny zabrał swoje tajemnice do grobu.

/źródła: haaretz.com, en.wikipedia.org/

Rasistowski filosemita


Ameryka Łacińska to rejon, w którym rządy dyktatorskie znajdowały w przeszłości wyjątkowo dobre warunki do rozwoju. Najbardziej znanymi dyktatorami z tamtego zakątka globu byli prawicowy (faszystowski) generał z Chile Augusto Pinochet oraz lewicowy (komunistyczny) rewolucjonista Fidel Castro, obaj ze względu na rolę jaką odegrali w historii świata. Jednak na tle lokalnym, nie byli oni odosobnionymi ani jaskrawymi przypadkami jeśli chodzi metody sprawowania władzy. 

Wśród wielu dyktatur Ameryki o palmę pierwszeństwa w dziedzinie okrucieństwa i bezwzględności może śmiało ubiegać się dyktator Dominikany, Rafael Trujillo. Niektóre szacunki przypisują mu odpowiedzialność za zabicie ok. 50 000 ludzi. Był wyjątkowo paskudną postacią. Jego rządy cechowała niezwykła brutalność wobec opozycji, animowanie kultu jednostki (tj. siebie samego) oraz pazerność i korupcja.  Trujillo był też zagorzałym rasistą, bezwzględnie dążącym do "wybielenia" społeczeństwa (pomimo, że sam był mulatem, co skrzętnie ukrywał), prześladującym okrutnie czarnoskórą mniejszość haitańską. Było jednak coś w obrazie dominikańskiego polityka, co nie pasowało do powyższego, zwyczajowo ustalonego pakietu poglądów. Trujillo był bowiem filosemitą. Nie był to z resztą jedyny element, który nie pasował do ponurego całokształtu jego rządów.

Rafael Leónidas Trujillo Molina urodził się w 1891 r. w dominikańskim mieście San Cristobal. Jego ojciec był sierżantem hiszpańskiej armii. Jego matka była pochodzenia haitańskiego, w połowie francuskiego, w połowie mulackiego. W 1916 r. USA zaanektowały Dominikanę w obliczu gróźb niespłacenia jej długu zagranicznego. W celu utrzymania porządku, Amerykanie sformowali gwardię narodową, rekrutującą się z miejscowych. W 1918 r. Trujillo wstąpił w jej szeregi. W ciągu zaledwie dziewięciu lat został jej naczelnym dowódcą. W 1930 r., sześć lat po opuszczeniu kraju przez Amerykanów, w Dominikanie doszło do zamachu stanu. Przeciwko konserwatywnemu prezydentowi Horacio Vasquezowi wystąpił Rafael Estrella Ureña, który porozumiał się z Trujillo. Panowie zawarli umowę - za cenę "neutralności" w czasie przewrotu, Ureña zgodził się aby generał kandydował potem na prezydenta republiki. Tak też się stało. Gdy rebelianci ruszyli na ulice stolicy Santo Domingo, wojsko pozostało w koszarach. W efekcie prezydent Vasquez udał się na wygnanie, Ureña mianował się prezydentem tymczasowym natomiast Trujillo otrzymał tytuł głównodowodzącego wojska i policji oraz nominację prezydencką tzw. Patriotycznej Koalicji Obywatelskiej. Konkurencyjnym kandydatom armia szybko wyperswadowała nie przebierając w środkach aby wycofali się z wyścigu wyborczego. Z kolei amerykański ambasador w Santo Domingo informował centralę w jednej ze swych depesz, że Trujillo otrzymał w wyborach więcej głosów, niż liczyła populacja Dominikany... (Ureña został wiceprezydentem, jednak już w 1932 r. złożył rezygnację).

Tuż po objęciu przez Trujillo rządów, niewielki lecz bardzo intensywny huragan San Zenon spustoszył Dominikanę, zabierając ze sobą kilka tysięcy ludzkich istnień i powodując ogromne straty materialne. Nowy prezydent wykorzystał tę okazję do wprowadzenia stanu wojennego, który ułatwił mu rozprawienie się z niedobitkami opozycji. Jedyną legalną polityczną partią na Dominikanie pozostała Partia Dominikany, do członkostwa w której zmuszano wszystkich dorosłych obywateli. Ci, którzy odmawiali, często ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. W 1934 r. Trujillo został ponownie wybrany na prezydenta, jako jedyny kandydat. Jego rządy cechowały morderstwa na tle politycznym, cenzura oraz kult jednostki. Stolica kraju Santo Domingo została przemianowana na Ciudad Trujillo a prowincja San Cristobal na Trujillo. Jego posągi rosły na wyspie jak grzyby po deszczu, a każda gazeta miała obowiązek zamieszczać na pierwszej stronie hasła sławiące prezydenta. Również wszystkie kościoły na wyspie miały obowiązek wywiesić transparenty o treści "Bóg w niebie, na Ziemi Trujillo". Specjalna grupa o kryptonimie "czterdziestu dwóch", mająca za zadanie egzekucje wskazanych przez prezydenta (mianowanego już przez samego siebie na Generalissimusa) wyruszała na łowy swoimi czerwonymi samochodami marki Packard, zwanymi przez obywateli "samochodami śmierci". 

Najstraszniejszym epizodem rządów Trujillo była tzw. "Masakra Pietruszki", kiedy to na rozkaz osobiście wydany przez dyktatora, armia dominikańska i wspierające ją uzbrojone bojówki dokonały pogromu imigrantów z Haiti przebywających na przygranicznych terenach. Oba kraje miały napięte stosunki i historyczne zaszłości (Haiti okupowało Dominikanę w latach 1822-1844). Biedni imigranci z francuskojęzycznej części Hispanioli przybywali licznie do zachodniej Dominikany aby pracować w rolnictwie. Trujillo nienawidził czarnych Haitańczyków a jego obsesją było wybielenie społeczeństwa (siebie samego przy okazji - do oficjalnych zdjęć pozował z wybieloną pudrem skórą, by ukryć dziedzictwo swojej matki). 2 października 1937 r., pod pretekstem zapobieżenia kradzieży bydła przez Haitańczyków, rozpoczęła się masakra - czarnoskórym mieszkańcom pogranicza, których narodowość budziła wątpliwość, pokazywano pęczki pietruszki. Ich los był uzależniony od tego jak wypowiedzą hiszpańskie słowo perejil oznaczające tę roślinę. Był to tzw. szybolet. Jeśli wypowiadali go z francuska, z głoską "ż" zamiast niemego "h", byli mordowani na miejscu, głównie za pomocą maczet, siekier i noży, aby z zewnątrz wydarzenia te wyglądały jak spontaniczny chłopski zryw, dokonany bez wiedzy i udziału władz. Masakra trwała do 8 października 1937 r. kiedy to Trujillo rozkazał jej przerwanie - jednak morderstwa na mniejszą skalę wciąż miały miejsce, także w głębi kraju. Do dziś nie wiadomo ilu ludzi zginęło w wyniku pogromu. Szacunki z różnych źródeł wahają się między liczbą od ok. 1000 (konsul USA z haitańskiego miasta Cap-Haitien) do 12 000 zabitych (MSZ Haiti). Szczegółowa weryfikacja wydarzeń jest niemożliwa ponieważ nigdy nie odnaleziono żadnego masowego grobu ani nie zachowały się żadne zeznania naocznych świadków masakry. Znamiennym jest jednak to, że Trujillo przyznał się pośrednio do jej autorstwa - gdy prezydent USA Franklin D. Roosevelt poparł żądanie wypłacenia 750 000 dolarów odszkodowania wysunięte przez prezydenta Haiti Stenio Vincenta (nota bene utrzymującego wcześniej dość dobre relacje z sąsiadem ze wschodu). Dominikana przekazała Haiti 2/3 tej kwoty. 

Trujillo rządził Dominikaną jeszcze długo, bezpośrednio jako prezydent lub jako generalissimus za pomocą marionetek sprawujących fasadowy urząd prezydenta. Ściągnął na siebie gniew i nienawiść wielu społeczeństw i przywódców krajów basenu Morza Karaibskiego. Fidel Castro próbował dać faszystowskiemu dyktatorowi nauczkę, jednak wysłana na Dominikanę grupa dywersyjna została rozbita przez armię Dominikany. Sam Trujillo nie pozostawał biernym - zorganizował np. zamach (nieudany) na znienawidzonego przez siebie prezydenta Wenezueli Rómulo Betancourta, co ściągnęło na niego wściekłość państw członkowskich Organizacji Państw Amerykańskich. USA z coraz większym niepokojem przyglądało się swojemu satelicie, a wśród doradców w białym domu narastało przekonanie, że dalsze rządy Trujillo mogą doprowadzić do powtórzenia na Dominikanie rewolucji na wzór kubański.

Trujillo z prezydentem Nikaragui Anastasio Somoza, 1952 r.

30 maja 1961 r. Trujillo zginął w zamachu, gdy jego samochód wpadł w zasadzkę na przedmieściach Santo Domingo. Spisek został zawiązany przez kilku generałów armii dominikańskiej a jego wykonawcami byli żołnierze. Pomimo zabicia dyktatora, spiskowcy ponieśli klęskę - w wyniku natychmiastowej reakcji okrytego złą sławą wywiadu wojskowego SIM, dowodzonego przez pretorianina Trujillo Johnny'ego Abbesa, większość spiskowców została uwięziona, a następnie po brutalnych torturach zamordowana. Z siedmiu bezpośrednich zabójców Trujillo tylko jeden, Antonio Imbert Barrera, skutecznie ukrył się przed SIM i przeżył obławę. Do dziś spekuluje się o udziale USA w zamachu na Trujillo. Sam Imbert utrzymywał, że grupa działała na własną rękę, jednak CIA komentowało po latach tę sprawę w sposób, który pozostawiał nieco miejsca na domysły - agencja miała rzekomo "słaby kontakt" ze spiskowcami. Choć Dominikana pozostała w rękach brutalnej junty, rodzina dyktatora została zmuszona do opuszczenia kraju. Zabrała ze sobą trumnę ze zwłokami Trujillo, który ostatecznie spoczął na cmentarzu El Pardo pod Madrytem (ciekawostka - choć Trujillo nominalnie był katolikiem, w rzeczywistości podobno wyznawał lokalną religię etniczną).

Trujillo był niewątpliwie mroczną postacią, jednak w jego życiorysie jest epizod, który wielu może szokować. W lipcu 1938 r. z inicjatywy prezydenta Roosevelta, we francuskim miasteczku Evian odbyła się międzynarodowa konferencja, na której miano ustalić kroki, w związku z prześladowaniami Żydów przez reżim Hitlera. On sam zadeklarował przed jej rozpoczęciem, że jeżeli znajdą się kraje, które zechcą przyjąć niemieckich Żydów, Niemcy pomogą im wyjechać. I chociaż konferencja poniosła fiasko, czego wynikiem była późniejsza zagłada większości Żydów na kontynencie europejskim, Dominikana zaznaczyła na niej swoją obecność w niezwykły sposób - kraj ten zadeklarował chęć przyjęcia 100 000 żydowskich uchodźców, oferując im hojne wsparcie finansowe. W 1940 r. Trujillo przekazał na potrzeby osadnictwa żydowskiego 26 000 akrów ziemi w okolicach miasta Sosua. Z tej oferty skorzystało zaledwie ok. 800 Żydów, którzy następnie w większej części wyjechali do USA. Ślady ich obecności w mieście są jednak widoczne do dziś - jest w nim synagoga, ulice mają żydowskich patronów a działająca wciąż fabryka wyrobów mlecznych w tym mieście została założona właśnie przez uciekinierów z Niemiec. Co równie ciekawe - Trujillo z otwartymi rękoma przyjmował także uchodźców z Hiszpanii, którzy w wojnie domowej walczyli po stronie wojsk Republiki, a zatem mogłoby się wydawać, w obronie wartości przeciwnych tym, które wyznawał dyktator. I jeszcze jedna ciekawostka - po drugiej wojnie światowej, Trujillo przyjął jeszcze jedną falę emigrantów, tym razem z Japonii. Wszystko to po to, by zmniejszyć w społeczeństwie udział znienawidzonych, czarnych Haitańczyków.

Spotkanie graniczne z prezydentem Haiti Stenio Vincentem, 1933 r.

Ale i tu pojawia się pewna wątpliwość co do ideologii wyznawanej przez generała - choć sam nie interesował się on popularnym na Karaibach baseballem, zapraszał do Dominikany klasowych czarnoskórych zawodników i stwarzał im znakomite warunki do rozwoju kariery. Jednym z nich był np. Satchel Paige, gwiazda amerykańskiej Negro League (w USA do 1947 r. w baseballu panowała pełna segregacja rasowa). Został bohaterem drużyny Los Dragones z Ciudad Trujillo, całkowicie wolnej od rasistowskich ograniczeń. 

Trujillo dbał też o ekologię, co zwłaszcza w tamtych czasach było niecodzienne. Utworzył na Dominikanie pierwszy park narodowy, zakazał karczowania lasów za pomocą wypalania, powołał do życia agencję ds. lasów mającą na celu ich ochronę oraz interesował się elektrowniami wodnymi jako potencjalnymi źródłami energii elektrycznej. Po jego śmierci sytuacja ekologiczna Dominikany uległa pogorszeniu. 

W końcu, korzystając co prawda z korzystnej koniunktury gospodarczej (i przy okazji defraudując ogromne kwoty wyprowadzając je do własnego majątku), Trujillo spłacił zadłużenie zagraniczne Dominikany i zmodernizował kraj, budując szkoły, szpitale, budynki mieszkalne oraz autostrady.

Jednym z paradoksów historii jest to, że nawet wielcy zbrodniarze mogą pozostawić po sobie odrobinę dobra. Takim właśnie przypadkiem był Rafael Trujillo.

W przeciwnym kierunku



Koreańska Republika Ludowo Demokratyczna to bodaj najbardziej hermetyczne państwo świata. Niewiele wiadomo o tym, co dzieje się na jej terytorium a blokada informacyjna utrzymywana przez rządzącą w Phenianie rodzinę Kimów, pomimo rozwoju nowoczesnych technologii informacyjnych, wciąż zdaje się spełniać swoje zadanie. Jednym z niewielu źródeł informacji o sytuacji w tym kraju są uciekinierzy, o których raz na jakiś czas donoszą światowe media. Najczęściej są to przypadki ludzi, którzy nielegalnie przekraczają granicę koreańsko – chińską a następnie ogromnym wysiłkiem docierają do południowokoreańskich placówek dyplomatycznych, prosząc o azyl polityczny. Rzadziej słyszy się o dyplomatach północnokoreańskich, którzy decydują się poprosić o ochronę w krajach, w których pełnią misję.

A czy zdarzały się ucieczki w drugą stronę? Czy historia zna przypadki osób, które z wydawałoby się dostatniego świata „zachodniego” zdecydowały się pójść w przeciwnym kierunku?

15 sierpnia 1962 r., na jednym z posterunków rozlokowanych wzdłuż linii demarkacyjnej, żołnierze północnokoreańscy dostrzegli zbliżającą się sylwetkę człowieka. Szedł on od strony pola minowego, wyznaczającego granicę między zwaśnionymi częściami półwyspu. Był to młody mężczyzna w wojskowym mundurze, niewątpliwie amerykańskim.  Na jego twarzy widać było strach, podkreślony kroplami potu. W pierwszym odruchu Koreańczycy chcieli go zabić, jednak dowódca zorientował się w porę, że sytuacja z którą mają do czynienia jest niestandardowa.  Jeniec został przetransportowany do stolicy, gdzie był długo przesłuchiwany.

Żołnierz ten nazywał się James Joseph Dresnok, miał 21 lat i był szeregowym armii amerykańskiej. Jego dotychczasowe życie nie należało ani do lekkich, ani udanych. Urodzony w mieście Richmond w południowym stanie Virginia, w wieku dziesięciu lat został sierotą. Jego rodzice rozwiedli się, z matką i młodszym bratem nigdy  już się nie zobaczył a jego ojciec wkrótce także zniknął z jego życia, umieszczając go w rodzinie zastępczej. Potem Dresnok został wyrzucony z liceum i w wieku 17 lat wcielony do wojska. Odbył dwuletnią służbę w Niemczech. Gdy po powrocie dowiedział się, że jego żona opuściła go dla innego mężczyzny, ponownie wstąpił do armii i został (już jako starszy szeregowy) wysłany do Korei, by pełnić służbę w jednostce pilnującej granicznej strefy zdemilitaryzowanej. Niestety, problemy wciąż go prześladowały. Za sfałszowanie podpisu na przepustce w celu udania się na nocne hulanki, został postawiony w stan oskarżenia i miał stanąć przed sądem wojskowym by odpowiadać za bezprawne opuszczenie jednostki. Wtedy podjął najważniejszą decyzję w swoim życiu. „Miałem dość mojego dzieciństwa, małżeństwa, służby wojskowej, wszystkiego. Byłem skończony. Miałem tylko jedno wyjście. W południe 15 sierpnia, w blasku słońca, kiedy wszyscy jedli obiad, wyruszyłem w drogę. Tak, bałem się. Czy będę żył, czy zginę? Gdy wszedłem na pole minowe zacząłem się pocić. Przeszedłem je jednak. To była droga do nowego życia.” – tak po 44 latach od tego wydarzenia zrelacjonował je dwóm brytyjskim dokumentalistom, którym udało się do niego dotrzeć.

Władze Korei Północnej od razu zorientowały się, że dezerter jest cennym nabytkiem. Wkrótce poznał innego amerykańskiego zbiega – szeregowego Larry’ego Abishera. Potem dołączyło do nich jeszcze dwóch – kapral Jerry Parish i sierżant Charles Jenkins. Cała czwórka od razu zaczęła być przez władze Korei Północnej intensywnie wykorzystywana propagandowo. Zdjęcia uciekinierów pojawiały się na okładkach prasy a nagrania na których wychwalają raj do którego trafili, skierowane do amerykańskich żołnierzy, były emitowane przez głośniki ustawione na granicy.

Zbiegów łączyło jedno – wszyscy byli w przeszłości wyrzucani ze szkół. Każdy z nich uciekał. Jednak prawdopodobnie żaden z nich nie myślał za bardzo o tym dokąd ucieka, a raczej od czego ucieka. I szybko zorientowali się, że ich egzystencja po drugiej stronie barykady nie będzie różowa.

„Inne zwyczaje, inna ideologia. Wrogie spojrzenia na ulicy. Nie chciałem tu zostawać, nie sądziłem, że kiedykolwiek się przystosuję.” – wspomina po latach Dresnok.

Po czterech latach cała czwórka złożyła wnioski o azyl w ambasadzie radzieckiej w Phenianie. Zostały one natychmiast odrzucone, a dyplomaci radzieccy od razu przekazali Amerykanów miejscowym władzom. Dezerterzy zostali poddani procesowi intensywnej reedukacji, który przynajmniej w przypadku Dresnoka, odniósł zamierzony skutek. Wiedząc, że ucieczka nie wchodzi już w rachubę, postanowił dostosować się do nowego otoczenia.

Od 1978 r. Dresnok zaczał występować w filmach północnokoreańskich, min. w dwudziestoczęściowym serialu pt. „Bezimienni bohaterowie”, gdzie wcielił się w rolę brutalnego amerykańskiego komendanta obozu jenieckiego o imieniu Arthur (jego koreańscy znajomi zaczęli się tak do niego zwracać). Stał się sławny a nastawienie miejscowej ludności wobec niego uległo poprawie (sam Dresnok twierdzi, że nie traktował tej produkcji jako filmu propagandowego). Oprócz tego przetłumaczył część prac wielkiego wodza Kim Il Sunga na angielski. Ponadto, w Korei Północnej Dresnok odnalazł to, czego w USA nigdy nie miał – rodzinę. Najpierw poślubił Rumunkę Todię Bumbea, z którą ma dwóch synów – Theodora Ricardo i James’a Gabriela. Kobieta wg oficjalnej wersji była pracowniczką rumuńskiej ambasady, jednak niektórzy podejrzewają, że została porwana przez wywiad Korei Północnej, specjalnie dla Dresnoka (w 2007 r. rumuńskie MSZ wysłało pismo do władz w Phenianie z prośbą o przedstawienie okoliczności przyjazdu Bumbei do KRLD – pozostało ono bez odpowiedzi).  Niestety, umarła młodo na raka płuc. Dresnok ożenił się ponownie, tym razem z córką Koreanki i dyplomaty z Togo. Miał z nią jeszcze jednego syna.

Obecnie rodzina mieszka w małym mieszkaniu w Phenianie i dostaje od państwa comiesięczny zasiłek. Dresnok otrzymywał racje żywnościowe nawet w trakcie w trakcie głodu w latach 1994 – 1998 r. W rozmowie z brytyjskimi filmowcami sam wyraził zdziwienie, że gdy umierało wielu Koreańczyków, rząd nie pozwolił umrzeć Amerykaninowi.


Życie Dresnoka znaczy monotonia. Z rzadka wygłasza wykłady ale jego głównym zajęciem jest wędkarstwo, jak sam mówi, wyłącznie dla zabicia czasu. Czasami publikuje krótkie wypowiedzi na Twitterze. Jego stan zdrowia jest zły i pomimo, że jak sam twierdzi „chodzi do lekarza gdy ma taką potrzebę”, ciągle się pogarsza. Jest to spowodowane nadużywaniem tytoniu i alkoholu. Jednak  w rozmowie z brytyjskimi filmowcami, Dresnok skwitował swój los: „Czuję, że jestem u siebie, że mam dom. Nie zamieniłbym tego na nic”. Zapytany o północnokoreański program atomowy, odpowiedział krótko: "Jeśli Ameryka zaatakuje, będziemy gotowi."

Jerry Parish i  Larry Abisher dożyli swoich dni w Korei Północnej. Pierwszy poślubił kobietę z Libanu, z którą miał trzech synów. Zmarł w 1998 r., podobno z przyczyn naturalnych (niewydolność wątroby). Drugi ponoć otrzymał od rządu koreańskiego kobietę, która miała pełnić rolę jego partnerki i rzekomo była bezpłodna. Jednak po latach bezdzietnego małżeństwa zaszła w ciążę i została mu odebrana. Potem otrzymał jeszcze jedną żonę – Dresnok twierdzi, że była ona Koreanką natomiast Jenkins, że tajską prostytutką, która wcześniej przebywała w Makau.

Inaczej potoczyły się losy czwartego ze zbiegów, sierżanta Charles’a Roberta Jenkinsa. W trakcie nocnego patrolu na terytorium KRLD, oddał się w ręce wroga, ponieważ bojąc się śmierci liczył, że trafi do ZSRR i przy okazji najbliższej wymiany jeńców bezpiecznie wróci do USA (armia amerykańska twierdzi, że Jenkins ujawnił ten zamiar w czterech listach - żaden z nich się nie zachował a on sam zaprzecza aby je napisał). Nie spodziewał się, że będzie dla Koreańczyków tak cenną zdobyczą. Niemal od razu pożałował swojej decyzji. Propaganda północnokoreańska obwieściła, że sierżant armii amerykańskiej przeszedł na stronę KRLD i puściła w eter jego rzekome oświadczenie (wygłoszone nienaturalnym angielskim, co każe sądzić, że było ono spreparowane). Potem, przez długi czas nie było żadnych informacji nt. losów zbiega (rodzina utrzymywała, że został porwany). W 1982 r. jego pojawienie się na planie wspomnianego serialu "Bezimienni bohaterowie" uświadomiło władzom amerykańskim, że Jenkins żyje. W 1980 r. „otrzymał” od władz Korei Północnej żonę – 21 letnią Hitomi Soga, studentkę z Japonii. Wraz z matką została ona porwana przez wywiad północnokoreański w celu przeszkolenia na przyszłego szpiega. Losy matki Hitomi są nieznane, ona sama ma z Jenkinsem dwie córki – Robertę Mikę i Brindę Carol. W 2002 r., gdy Kim Dzong Il przyznał oficjalnie, że wywiad północnokoreański porywał obywateli Japonii, zostały umożliwione wizyty porwanych w ojczyźnie, w celu spotkania z rodzinami.  Początkowo rodzina Jenkinsa nie skorzystała z propozycji, obawiając się, że władze w Phenianie testują ich lojalność. Jednak po otrzymaniu gwarancji bezpieczeństwa od rządu japońskiego, zdecydowali się wyjechać. W 2004 r., Jenkins pod pretekstem konieczności udzielenia mu specjalistycznej opieki medycznej, dotarł do Japonii przez Indonezję. Tam udał się do amerykańskiego posterunku wojskowego Camp Zuma, i podał się do raportu, salutując zgodnie z amerykańskim regulaminem wojskowym. Jak sam przyznał, chodziło mu o to aby uspokoić sumienie. Stanął przed sądem wojskowym (występując w mundurze armii amerykańskiej), został skazany na symboliczną karę 30 dni aresztu a następnie zwolniony po 6 dniach za dobre sprawowanie. W wyniku niuansów formalnych, zachował nawet prawo do noszenia części odznaczeń. W 2005 r. wraz z córkami odwiedził ojczyznę i spotkał się ze swą 91-letnią matką w rodzinnej Północnej Karolinie. W 2008 r. otrzymał prawo stałego pobytu w Japonii. Deklaruje, że chce w tym kraju dożyć swoich dni i będzie się ubiegać o jego obywatelstwo.

Jenkins napisał wspomnienia, najpierw wydane w języku japońskim a następnie w angielskim, pt. „The Reluctant Communist” (niechętny komunista).  Opisuje w nich relacje między zbiegami. Przedstawia Dresnoka w negatywnym świetle, zarzucając mu, że wspólnie z Parishem gnębili jego i Abishera. O samym Dresnoku pisze, że regularnie donosił na swoich towarzyszy koreańskim opiekunom, a autora relacji wielokrotnie bił na ich polecenie, czerpiąc z tego przyjemność (okazywał nawet bliznę będącą pamiątką po swoim koledze). Sam Dresnok w rozmowie z brytyjskimi dokumentalistami kategorycznie zaprzeczył tym oskarżeniom, twierdząc, że liczne zwady między zbiegami były niczym innym jak pijackimi burdami. Wyjazd Jenkinsa z Korei skomentował krótko: "Bye-bye, baby! Who cares?".

/pisząc korzystałem z: http://www.cbsnews.com/news/joe-dresnok-an-american-in-north-korea/

SL-1

W mroźną zimową noc, minutę po dziewiątej wieczorem, na posterunku straży pożarnej Narodowego Centrum Testowego Reaktorów (NRTS), federalnej placówki badawczej położonej na pustyni stanu Idaho, rozległ się alarm. Sygnał nadał zlokalizowany na terenie obiektu reaktor niskiej mocy SL-1. Sześciu strażaków ruszyło do akcji, spodziewając się kolejnego fałszywego wezwania – tego dnia, rano i po południu, miały miejsce już dwa. Po dziewięciu minutach dotarli do celu. W pierwszej chwili nic szczególnego nie zwróciło ich uwagi. Nad budynkiem w którym znajdował się reaktor unosiła się smuga białego dymu – normalne w mroźną, zimową noc. Blok centrum kontroli wyglądał zupełnie zwyczajnie. Zdecydowali się wejść do pomieszczenia reaktora. I wtedy zobaczyli włączoną sygnalizację zwiększonego poziomu promieniowania. Wskaźniki ich przenośnych urządzeń pomiaru radiacji  gwałtownie podskoczyły. Po chwili przybył lekarz. Wraz z jednym ze strażaków, założywszy maski tlenowe, zbliżyli się ponownie do schodów prowadzących do komory reaktora. Wtedy detektory zasygnalizowały poziom promieniowania 25 rentgenów na godzinę, co spowodowało  natychmiastowy odwrót. Po chwili, na wezwanie lekarza, na miejsce przybyli kolejni ratownicy, przywożąc ze sobą odzież ochronną oraz detektory zdolne do wykazania promieniowania na poziomie 500 rentgenów na godzinę. Medyk, tym razem z dwoma strażakami, weszli schodami do hali, w której znajdował się reaktor. Zdążyli tylko dojrzeć pozostałości eksplozji by zaraz potem w pośpiechu się wycofać, jako że urządzenia pokazywały maksymalne wartości. O wpół do jedenastej na miejsce zdarzenia przybyli kierownik placówki i główny lekarz. O 22.45, odziani w pełne skafandry ochronne weszli do hali reaktora i dostrzegli dwóch okaleczonych ludzi – jeden z nich już nie żył, drugi jęczał cicho, czołgając się w radioaktywnej wodzie zalewającej podłogę. Wchodząc do hali reaktora na dokładnie minutę, zespół pięciu strażaków wyciągnął go na zewnątrz, jednak ranny po chwili stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Nie miał szans na ratunek – nawet gdyby ratownicy dotarli do niego wcześniej, dawka promieniowania którą otrzymał, była śmiertelna (jego ciało emitowało je w ogromnej ilości – 500 rentgenów na godzinę). Ok. 23.00 ekipa ratunkowa dostrzegła jeszcze jednego trupa – znajdował się on... pod sufitem, przygwożdżony do niego prętem. Wiedząc już o losach całej zmiany znajdującej się tego feralnego wieczora w budynku SL-1, bezpieczeństwo ekipy ratunkowej stało się priorytetem – strażacy i lekarze pospiesznie wycofali się na bezpieczną odległość. Ciało trzeciego pracownika zostało wydobyte spod sufitu budynku następnego dnia.

Wyżej opisany wypadek miał miejsce 3 stycznia 1961 r., na poligonie badawczym położonym 64 km na zachód od Idaho Falls w USA. Przedmiotem wypadku był eksperymentalny reaktor małej mocy SL-1 (Stationary Low-Power Reactor Number One). Był to najpoważniejszy co do liczby ofiar śmiertelnych wypadek nuklearny w historii USA.

W tamtym okresie Armia Amerykańska zgłaszała zapotrzebowanie na opracowanie niewielkich reaktorów jądrowych, które docelowo miały zasilać stacje radarowe położone na terenach polarnych i arktycznych. Wymagania, które armia postawiła wykonawcy (Argonne National Laboratory) obejmowały możliwość transportu wszystkich komponentów reaktora drogą powietrzną, łatwość konstrukcji na miejscu, wykorzystanie wyłącznie standardowych elementów, prostota i niezawodność oraz co najmniej trzyletni okres pracy po każdym uzupełnieniu paliwa. Bezpieczeństwo obsługujących, nie znajdowało się na tej liście.

W odpowiedzi na te potrzeby, 24 października 1958 r. oddano do użytku eksperymentalny reaktor SL-1. Generował on moc 3MW, jako paliwo wykorzystywał wysokowzbogacony uran i był chłodzony lekką wodą. Umieszczono go w stalowym silosie o szerokości niecałych 12 m i wysokości 15 m, który w razie eksplozji mógł zatrzymać część radioaktywnych oparów. Rdzeń reaktora tworzyło 59 kaset paliwowych, jednostka centralna oraz 9 prętów kontrolnych.

Obiekt, w którym znajdował się SL-1, przed wypadkiem.

21 grudnia 1960 r. reaktor został wyłączony w celu przeprowadzenia prac konserwacyjnych, kalibracji urządzeń oraz instalacji dodatkowego osprzętu. 3 stycznia 1961 r. reaktor miał zostać uruchomiony ponownie. Zmianę objęło dwóch pracowników wojska – John Byrnes (lat 27, operator), Richard McKinley (lat 22, praktykant) oraz delegowany przez Marynarkę Wojenną  Richard Legg (lat 26, kierownik zmiany). Procedura włączenia reaktora polegała na wysunięciu centralnego prętu kontrolnego z rdzenia. Byrnes powinien był wysunąć go na wysokość 10 cm, umożliwiając przepływ neutronów między kasetami paliwowymi. Jak wykazało późniejsze dochodzenie i oględziny elementów zniszczonej konstrukcji, pręt został uniesiony na wysokość aż 66 cm. Spowodowało to gwałtowny i niekontrolowany wzrost mocy (aż do 20GW) a następnie nagłą emisję pary wodnej i potężne uderzenie hydrauliczne, które zniszczyło konstrukcję reaktora i rozrzuciło jej elementy z ogromną siłą (jeden z nich przyszpilił McKinleya do sufitu). W wyniku zdarzenia do atmosfery przedostało się ok 41 tera bekereli produktów rozpadu nuklearnego, co z uwagi na lokalizację reaktora na terenach położonych w oddaleniu od osiedli ludzkich, nie wywołało większych negatywnych skutków wśród populacji.

Zwłoki trzech pracowników zostały pochowane w ołowianych trumnach i zalane betonem. Wkrótce potem rozpoczęła się operacja oczyszczenia terenu, która trwała przez kolejny rok. Radioaktywne pozostałości budynków były zakopywane na wyznaczonym terenie, położonym ok. 500 m od miejsca eksplozji. Niektóre elementy reaktora zostały jeszcze poddane badaniom.


29 listopada 1961 r. - operacja wydobycia zniszczonego reaktora z silosa.

Przyczyna wypadku nigdy nie została wyjaśniona (i nigdy nie zostanie). Członkowie feralnej zmiany nie prowadzili dziennika pracy, nie wiadomo co spowodowało, że operator uniósł pręt kontrolny tak wysoko. Rozważano dwie grupy hipotez koncentrujące się na samobójstwie bądź nieuwadze. Niektóre źródła donoszą, że Byrnes miał problemy osobiste. Od jakiegoś czasu w jego małżeństwie nie działo się dobrze a rozłąka w okresie świątecznym, przyniosła pogorszenie sytuacji. W dniu wypadku, ok. godz. 7:00 wieczorem odebrał ponoć telefon od żony, która poprosiła go o rozwód. Ponadto, niektórzy donosili o napiętych relacjach z Leggiem. Młodszy kolega ze zmiany prześcignął bowiem starszego współpracownika w hierarchii pracowniczej i tego dnia to Legg dozorował Byrnes'a a nie na odwrót. Pojawiła się wersja, żę Byrnes chciał popełnić poszerzone samobójstwo, zabierając ze sobą Legga. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że w chwili niefortunnego podniesienia prętu był po prostu zdenerwowany i zdekoncentrowany złymi wydarzeniami ze swego życia. Oprócz tego, teoria ta była na rękę czynnikom rządowym, które mogły nią przykryć fakt, że normy bezpieczeństwa SL-1 nie stały na wysokim poziomie.

Rząd amerykański na podstawie tego zdarzenia nakręcił film szkoleniowy, do wewnętrznego użytku. Jest on dziś dostępny w serwisie YouTube.

Miejsce zakopania szczątków SL-1, otoczone narzutem kamiennym, zdjęcie z 2003 r.


Podzielony dom

Dzisiaj w Waszyngtonie Donald Trump, kontrowersyjny milioner z Nowego Jorku, został oficjalnie 45-tym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jego wygrana była wielkim zaskoczeniem dla komentatorów i analityków. Inauguracji jego prezydentury towarzyszą wielotysięczne, momentami gwałtowne, protesty zwolenników pokonanej przez niego w wyborach Hillary Clinton. Atmosfera kampanii wyborczej była gorąca i jak widać, emocje wciąż nie gasną. Za Trumpem stanęli głównie mieszkańcy małych miejscowości oraz centralnych stanów,  głównie biali i skromnie sytuowani. Żonę byłego prezydenta Billa Clintona poparły Kalifornia i Nowy Jork, mieszkańcy wielkich miast, dobrze sytuowani materialnie, mniejszości etniczne oraz liberalna część wyborców. Świat z uwagą przygląda się temu co dzieje się w Waszyngtonie i trudno się dziwić – USA to obecnie jedyne supermocarstwo, którego polityka wpływa na jego losy. Mylą się jednak ci, którzy uważają, że obecne napięcia związane z wyborem Trumpa są czymś szczególnym w historii Ameryki. Bledną one w świetle sytuacji która miała miejsce przy okazji wyborów w 1876 r.

Tego pamiętnego roku końca dobiegała druga kadencja rządów gen. Ulyssesa Granta, zapamiętanego przez historię przede wszystkim jako głównodowodzącego wojsk Unii w Wojnie Secesyjnej. Żołnierzem był niewątpliwie świetnym. Politykiem – znacznie gorszym. Nie będąc biegłym w grach salonowych, tak różnych od obozowego życia wojaka, w dużej mierze rządził przez swoich doradców. Zgromadziło się wokół niego szemrane towarzystwo skorumpowanych politykierów, których działania nie przynosiły krajowi wiele dobrego. Najważniejszą bolączką USA był wciąż głęboki podział na zwycięską Północ i przegrane Południe. Przez dekadę dzielącą te dni od końca Wojny Secesyjnej nie udało się wciąż zakopać rowów podziału. Pojednawcze projekty Abrahama Lincolna zostały zarzucone wraz z jego zabójstwem - na Południu wciąż stacjonowały wojska z Północy.

Przedwyborcza konwencja wyborcza Partii Demokratycznej wyłoniła kandydata, w którym upokorzone Południe dostrzegło swego zbawcę. Był to Samuel Tilden, gubernator stanu Nowy Jork. Cała sytuacja była dość paradoksalna - polityk ten po pierwsze pochodził z regionu, który śmiało można uznać za serce Północy a po drugie jego poglądy jak na tamte czasy były umiarkowane, można by rzec centrowe. Już w swoich przedwojennych wystąpieniach wyrażał się negatywnie o niewolnictwie, określając je mianem "haniebnej plagi", która nie powinna dotrzeć na nowo inkorporowane do USA terytoria. Jednak oprócz tego, Tilden był zwolennikiem kompromisu z południowymi stanami i uważał jedność kraju za dobro najwyższe, za które należało zapłacić nawet ustępstwami w kwestii niewolnictwa. W czasie wojny stanął po stronie Unii, jednak zdarzało mu się krytykować posunięcia prezydenta Lincolna. Do wyborów przystąpił pod hasłem walki z korupcją.


Republikanie namaścili na swego kandydata Rutherforda Bircharda Hayes'a, gubernatora stanu Ohio. Zwyciężył on faworyta wyścigu, James'a Gillespie Blain'a, jako kandydat jednoczący jego przeciwników. Hayes miał wolnościowe poglądy i był zwolennikiem równości ludzi, bez względu na rasę. W skali kraju był politykiem dość mało znanym a jego głównym atutem z perspektywy Partii Republikańskiej było przyciągnięcie do nich wyborców ze spornego (tzw. "swinging state") stanu Ohio.

Wybory były niezwykle burzliwe. Na Południu dochodziło do krwawych starć. Bojówki popierające Partię Demokratyczną, takie jak Czerwone Koszule czy Biała Liga atakowały czarnoskórych mieszkańców chcących głosować oraz Republikanów z południa. Z kolei administracja rządowa starała się manewrami administracyjnymi (np. delegowaniem odpowiednich osób do komisji liczących głosy) wspierać wygraną Hayes'a.

Wyniki tzw. popular vote, czyli wszystkich głosów oddanych na kandydatów bez podziału na stany i elektorów były jednoznaczne - wyraźnie wygrał Samuel Tilden, zdobywając 4,286,808 głosy (50.92%). Hayes otrzymał ich 4,034,142 (47.92%). Pozostali kandydaci otrzymali w sumie 91,134 głosy (1.8%). Odnotowano najwyższą w historii wyborów prezydenckich w USA frekwencję - 81.1%.

Jednak jeśli chodzi o głosy elektorskie, w amerykańskim systemie wyborczym decydujące o wyniku, sprawa była niejasna. Tilden zdobył ich 184, Hayes 165, natomiast 20 głosów stanowiło przedmiot sporu. Na Florydzie, w Luizjanie i Południowej Karolinie obie strony ogłosiły swoje zwycięstwo, natomiast w Oregonie, który jednoznacznie poparł Hayes'a, tamtejszy gubernator wywodzący się z Partii Demokratycznej zakwestionował legalne umocowanie jednego z elektorów, nominując w jego miejsce innego Demokratę. Obie strony były przekonane o swojej wygranej.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Na Południu trwały rozruchy. Mówiło się o marszu stu tysięcy południowców na Waszyngton. Prezydent Grant po cichu postawił w stan gotowości stołeczny garnizon. W obliczu poważnego kryzysu konstytucyjnego, Kongres wyłonił piętnastoosobową komisję, która miała za zadanie ustalić wynik wyborów. W jej skład miało wejść po pięciu przedstawicieli obu izb amerykańskiego parlamentu oraz pięciu sędziów Sądu Najwyższego. Partia dysponująca większością w danej izbie nominowała trzech członków komisji, partia mniejszościowa dwóch. Ponieważ Republikanie przeważali w Senacie a Demokraci w Izbie Reprezentantów, w skład komisji weszło po pięciu przedstawicieli każdej z nich. Sąd Najwyższy włączył w skład komisji dwóch sędziów deklarujących się jako Demokraci i dwóch jako Republikanie. Owych czterech sędziów nominowało piątego reprezentanta trzeciej władzy - niezależnego sędziego Davida Davisa, o którym mówiono, że nawet on sam nie wie, którego kandydata na prezydenta popiera. Jednak tuż przed ostatecznym zatwierdzeniem przez parlament składu komisji, Davis został wybrany przez legislaturę stanu Illinois do Senatu i nieoczekiwanie zrezygnował z posady sędziego. Wszyscy pozostali sędziowie Sądu Najwyższego byli Republikanami, co dało Hayes'owi przewagę w komisji 8-7. Ostatecznie komisja przyznała 20 spornych głosów elektorskich Hayes'owi, który dzięki temu zgromadził ich w sumie 185, o jeden więcej niż Tilden. 4 marca 1877 r. prezydentura Hayes'a została inaugurowana, bez większych zakłóceń.

Wielu historyków uważa, że powodem dla którego Południowcy ustąpili był tzw. "kompromis 1877 r.". Składał się na niego szereg zakulisowych i tajnych rozmów, przeprowadzonych w Waszyngtonie przez przedstawicieli obu partii. Jego treść sprowadzała się do prostej wymiany - za uznanie wygranej Hayes'a Północ zakończy okupację Południa. Do dziś nie zostało w pełni udowodnione, czy rzeczywiście takie rozmowy miały miejsce, czy też kompromis był wynikiem jednostronnych deklaracji i działań Republikanów. Faktem jest, że po inauguracji Hayes'a, wojsko federalne wycofało się z trzech ostatnich stanów południowych (Florydy, Luizjany i Południowej Karoliny). Jednocześnie Hayes powołał do swego gabinetu przedstawiciela Partii Demokratycznej. Być może był to wynik ustaleń, jednak z drugiej strony Hayes już w trakcie kampanii deklarował oddanie władzy stanom południowym. Także włączenie przedstawiciela przeciwnej partii do swego zespołu nie było niczym zaskakującym w przypadku kandydata, który wygrał tylko jednym głosem elektorskim.

Po opuszczeniu Południa przez armię federalną, rozpoczęły się tam prześladowania czarnoskórej ludności - poszczególne stany wprowadzały rasistowskie przepisy, które przywracały porządek sprzed wojny domowej. Czarni byli w różny sposób prześladowani, zarówno fizycznie jak i legislacyjnie a system segregacji rasowej i biały supremacjonizm utrzymały sie na południu USA aż do lat siedemdziesiątych XX w. To była cena jaką społeczeństwo amerykańskie zapłaciło za jedność państwa.

Wybory 1876 r. były jednymi z pięciu wyborów w historii USA (włączając w to także ostatnie), w których osoba która nie uzyskała największej ilości głosów w głosowaniu powszechnym wygrała prezydenturę w kolegium elektorskim. Były to także jedyne wybory przegrane przez kandydata, który uzyskał ponad 50% głosów w skali kraju (czyli więcej niż wszyscy pozostali kandydaci w sumie).

Jaki byłby wynik wyborów 1876 r. gdyby odbywały się one w niezakłócony sposób? Także tutaj nie ma jasności. Z jednej strony, administracja republikańska pomogła Hayes'owi uzyskać część głosów elektorskich. Z drugiej strony jednak, gdyby nie działania białych bojówek na Południu, Hayes otrzymałby tam znacznie więcej głosów.

Bez wątpienia były to najgorętsze wybory prezydenckie w historii USA.

Ourang Medan



Epoka, w której przyszło nam żyć, często określana jest jako era post prawdy. Określenie to jest związane z dużą ilością fałszywych, umyślnie spreparowanych informacji, które przemycone w różny sposób do środków masowego przekazu mają wpływać na opinię publiczną. Wbrew temu co wydaje się wielu, zjawisko to nie jest tworem naszych czasów.

W 1948 r. w niderlandzkojęzycznej gazecie De locomotief: Samarangsch handels, en advertentie-blad ukazującej się w Indonezji, pojawiła się seria trzech artykułów (opublikowanych w numerach z 3 i 28 lutego oraz 13 marca), opisująca historię zatonięcia statku Ourang Medan (w języku malajskim nazwa ta oznacza człowieka pochodzącego z indonezyjskiego miasta Medan). Jej pierwotnym autorem był jedyny ocalały z katastrofy marynarz, którego na jednej z wysepek atolu Taongi odnaleźli tubylcy i przybyły do nich misjonarz. To jemu właśnie rozbitek (o którym napisano jedynie, że był Niemcem i że wkrótce potem umarł) przekazał opis wypadku. Duchowny z kolei opowiedział o nim pochodzącemu z Triestu Włochowi, niejakiemu Silvio Scherli, który z kolei przekazał tę relację redakcji. Zgodnie z jej brzmieniem, statek Ourang Medan płynął z małego nienazwanego chińskiego portu do wybrzeża kostarykańskiego, starając się unikać jakichkolwiek kontroli państwowych. Jednostka przewoziła ładunek kwasu siarkowego, który w pewnym momencie wydostał się z pojemników w ładowni a załoga statku zginęła w wyniku zatrucia jego oparami. Zdarzenie to miało miejsce ok. 400 mil morskich na południowy wschód od Wysp Marshalla. Redakcja zaznaczyła, że ze względu na dużą ilość niewiadomych, historia ta prawdopodobnie jest zmyślona, jednak p. Scherli zapewnia o jej autentyczności.

10 października tego samego roku, w amerykańskiej gazecie Albany Times, ukazał się krótki artykuł, utrzymany w tonie bardziej literackim niż technicznym, w którym również została przedstawiona historia tajemniczego zatonięcia statku Ourang Medan (jako jego źródło podany jest popularny niderlandzki tygodnik Elsevier). Jest on w tekście określony jako parowiec o wyporności 5000 ton i wieku ok. 40 lat, który w przeszłości miał wielu właścicieli. Nieokreślony obserwator opisuje widok ciał 21 członków załogi, nie noszących żadnych śladów obrażeń, leżących w miejscach, w której załoganci pełnili wachtę. Zaznacza, że przynajmniej jednemu marynarzowi udało się uciec (pojawia się informacja, że rejs statkiem rozpoczynały co najmniej 23 osoby). Tekst kończy krótka wzmianka o tym, że statek znika (zapewne, w morskich odmętach). W tekście uwydatnia się jedna znacząca różnica w porównaniu z artykułami z De locomotief: miejscem zdarzenia jest Cieśnina Malakka, oddalona o ponad 4000 mil morskich od Wysp Marshalla.

Historia Ourang Medan została opublikowana ponownie w maju 1952 r. na łamach periodyka Amerykańskiej Straży Przybrzeżnej Proceedings of the Merchant Marine Council, niewątpliwie poważnego tytułu. Jej opis został przedłożony w ramach dłuższego artykułu, traktującego ogólnie kwestie bezpieczeństwa w żegludze morskiej. Zgodnie z tym przekazem, zdarzenie miało miejsce lutym 1948 r. Nieokreślona w tekście jednostka płynąca przez Cieśninę Malakka odebrała nadane alfabetem Morse'a wezwanie pomocy o dziwnej treści: "SOS od Ourang Medan, dryfujemy. Wszyscy oficerowie w tym kapitan nieżywi, w kajucie nawigacyjnej i na mostku kapitańskim. Prawdopodobnie cała załoga martwa". Potem następowało kilka niezrozumiałych znaków a na końcu zwrot "Umieram". Jednostka została odnaleziona ok. 50 mil morskich od pozycji, która została określona w sygnale SOS. Marynarze statku przybyłego na ratunek (jego tożsamość nie została w tekście określona) ujrzeli na pokładzie Ourang Medan ciała marynarzy, bez śladu obrażeń, jakby zastygłe lub zamrożone, z upiornymi grymasami na twarzach, szeroko otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. Znaleziono także zwłoki psa, należącego zapewne do załogi. Dokładniejsze oględziny nie mogły zostać przeprowadzone, ponieważ wkrótce wykryto pożar w ładowni nr 4 statku przez co konieczne było natychmiastowe opuszczenie statku. Zaraz po tym nastąpiła eksplozja a pływający grób szybko zniknął w odmętach oceanu.

W 1954 r. niemiecki pisarz Otto Mielke wydał 32 stronicową mikropowieść pt. Das Totenschiff in der Südsee, stanowiącą literacką wersję historii zatonięcia Ourang Medan. Autor powołuje się na kontakt z ocalałym załogantem statku i podaje zaskakująco dużo szczegółów związanych z jego misją (takich jak np. tonaż czy moc silnika jednostki czy rodzaj ładunku - nitrogliceryna i cyjanek potasu). Dodaje także dwa ważne szczegóły - nową datę zdarzenia (czerwiec 1947 r.) oraz nazwę statku, który odpowiedział na wezwanie SOS - Silver Star.

Zasadniczą kwestią, związaną z wyjaśnieniem zagadki Ourang Medan jest fakt, że statek taki nie figurował w żadnym rejestrze morskim w Indonezji, Singapurze, Amsterdamie, Londynie ani USA. Jeśli chodzi o jednostkę o nazwie Silver Star, istotnie, statek taki istniał, pływał pod banderą amerykańską i należał do przedsiębiorstwa Grace Line. Jednakże po pierwsze w czasie wskazywanym przez powyższe doniesienia nosił on inne imię (Santa Juana) a po drugie, w jego dziennikach pokładowych nie znajdywała się żadna wzmianka wskazująca na udział w podobnej akcji ratunkowej. Co więcej, opisane zachowanie jego załogi, która widząc usłany trupami statek oraz unoszące się z ładowni podejrzane opary, weszła na jego pokład, wydaje się irracjonalne.

Kolejny worek wątpliwości otwierają niedawne odkrycia w sprawie.

Estelle Hargraves odkryła w archiwach brytyjskich dwa artykuły opisujące zatonięcie Ourang Medan, które ukazały się równolegle w gazetach Yorkshire Evening Post i The Daily Mirror w ... 1940 r. (odpowiednio 21 i 22 listopada)! Opis zdarzenia był podobny do tych w powojennych publikacjach, jednak zawierał pewne różnice. Miejsce wypadku zostało określone jako pozycja znajdująca się w odległości 200 mil morskich na południowy zachód od Wysp Salomona (a więc w znacznym oddaleniu zarówno od Wysp Marshalla jak i tym bardziej Cieśniny Malakka). Także wezwanie pomocy przez Ourang Medan miało inną formę - składały się na nie dwie wiadomości nadane alfabetem Morse'a. W pierwszej z nich nadawca wzywał na pomoc statki, posiadające w składzie swych załóg lekarza. W drugiej informował o prawdopodobnej śmierci drugiego oficera oraz reszty załogi. Odwoływał też wezwanie lekarza, zmieniając je na prośbę o przysłanie jednostek marynarki wojennej. Autor relacji informuje, że jego jednostka odnalazła Ourang Medan po 16 godzinach od otrzymania wezwania SOS oraz, że na pokładzie znaleziono 12 ciał, w tym 3 oficerów. Utrzymuje on także, że statek ten powienien mieć załogę liczącą 40 osób. W relacjach tych jako źródło podana jest agencja Associated Press, a jako jej autor, tym razem bezpośredni - wspomniany już Silvio Scherli z Triestu.

Alexander Butziger odnalazł jeszcze starszy ślad historii Ourang Medan (wyniki swego dochodzenia opisał w wydanej w 2014 r. książce pt. The Ourang Medan: Conjuring a Ghost Ship). Została ona opisana dość szczegółowo w ukazującym się we Francji Vichy piśmie Sept-jours (wydanie z 7 września 1941 r.). Ta relacja zawiera najstarszą dotychczas odkrytą datę wypadku - 13 listopada 1939 r. Tekst ten zawierał w sobie zawoalowane elementy antyzachodniej propagandy. Zgodnie z tym przekazem Ourang Medan był statkiem o złej reputacji, który przewoził więźniów z Australii do położonych na wyspach Pacyfiku kolonii karnych. Kapitan i oficerowie byli białymi a załogę stanowili Malajowie i Polinezyjczycy, bardzo źle traktowani. Feralny rejs statku odbywał się na trasie Singapur - Sydney. Ładunkiem było 2500 skrzyń zawierających kwas siarkowy, cyjanek potasu i nitroglicerynę. Źle zabezpieczonych i nieprawidłowo przechowywanych. Po kilku dniach rejsu kapitan nagle zmienił zdanie i kazał zmienić kurs na Panamę (a więc miejsce znacznie odleglejsze niż pierwotnie planowane jako port docelowy). Przestraszeni marynarze zaczęli protestować, jednak dowództwo zwiodło ich obietnicami wysokich premii, które rzekomo mieli otrzymać po dotarciu do celu. 7 listopa 1939 r. jeden z załogantów uległ przypadkowemu zatruciu i zmarł. Składając to na karb zawału serca, ciało zostało wyrzucone za burtę a rejs kontynuowany. Jednak w ciągu kilku następnych dni umarło kilku innych członków załogi a na statku pojawiły się szczury - oznaka zagłady. Załoga podniosła bunt i domagała się zawrócenia do Singapuru. Nadała w tej sprawie wiadomość radiową a następnie opuściła pokład na szalupach ratunkowych. Jednak tylko jednemu rozbitkowi udało się dotrzeć do wyspy Viti Levu, w archipelagu Fidżi. Statkiem, który odnalazł Ourang Medan był bliżej nieokreślony amerykański niszczyciel. Władze w Singapurze na podstawie wiadomości nadanej przez Ourang Medan przeprowadziły dochodzenie, które wykazało co i w jakich warunkach przewoził statek oraz że w wyniku tego doszło do zatrucia, eksplozji i zatonięcia statku.

W trakcie dalszych badań, Butziger natknął się na jeszcze starszą publikację historii Ourang Medan, o niemal identycznej treści - została ona opublikowana 8 grudnia 1940 r. we włoskiej gazecie L'Illustrazione Italiana. Jako jej autor, znów został wskazany Włoch Silvio Scherli. Następnie badacz odkrył, że historia Ourang Medan w zmodyfikowanych wersjach (zwłaszcza co do pozycji geograficznej), lecz nejczęściej przypisywana Scherliemu i udostępniana przez Associated Press, pojawiała się w gazetach o tematyce morskiej w Niemczech, Brazylii i Włoszech. O samym Scherlim dowiedział się jedynie, że był włoskim dziennikarzem, posługującym się adresem korespondencyjnym w Trieście. Być może Scherli sprzedał swoją historię, lub swoją wersję zasłyszanej opowieści wspomnianej agencji informacyjnej, a po wojnie uczynił to ponownie, modyfikując ją odpowiednio.

Na przestrzeni lat i w miarę odkrywania kolejnych wersji relacji, wokół historii Ourang Medan narastało wiele mitów. Jedni badacze skłaniali się ku teoriom spiskowym - np. temu, że statek przewoził materiały zbrodniczej japońskiej jednostki 731, zajmującej się badaniami nad bronią chemiczną i biologiczną, która dokonywała przerażających eksperymentów na ludziach (intencją akcji była chęć reaktywowania jednostki na swoim terenie przez USA). Inni zwracali się ku przyczynom paranormalnym, min. UFO.

Można jednak wysnuć przypuszczenie graniczące z pewnością, że historia Ourang Medan to nic innego jak tylko kaczka dziennikarska, która przez ponad pół wieku żyła swoim życiem, mutując w nieoczekiwany sposób. Jak widać jednak, dawały jej wiarę także poważne tytuły. Sceptycyzm pozostaje cnotą, niezależnie od epoki.

(zdjęcie stanowiące ilustrację do tekstu przedstawia przypadkową jednostkę parową z epoki)

/pisząc korzystałem z: Alexander Butziger, The Ourang Medan: Conjuring a Ghost Ship/

Człowiek z dziury

W 1996 r. w zachodniej części brazylijskiego stanu Rondônia, wśród pracujących tam drwali, zaczęła się szerzyć pogłoska o samotnym, tajemniczym człowieku, którego z rzadka komuś udało się przypadkiem zobaczyć w leśnej gęstwinie. Rząd Brazylii postanowił dokładniej zbadać sprawę i wysłał na miejsce swoich specjalnie przeszkolonych agentów z Agencji FUNAI (Fundação Nacional do Índio), będących specjalistami ds. nawiązywania kontaktu z izolowanymi plemionami zamieszkującymi dżunglę tego państwa (w jej niezbadanych ostępach wciąż żyją ludzkie społeczności, które nigdy jeszcze nie miały kontaktu z cywilizacją).

Wysłannicy ci znaleźli na wskazanym obszarze chatkę, krytą liśćmi palmy, z dziwną, nieznanego przeznaczenia dziurą, wydrążoną po środku wnętrza. Dziura ta miała ok. 1.5 m głębokości, wąski prostokątny przekrój i co najważniejsze – nie przypominała żadnego rozwiązania, które stosowały dotychczas znane plemiona indiańskie. Nie było wiadomo czy służyła ona jako pułapka na zwierzęta, czy jako kryjówka. Dalsze poszukiwania wykazały, że samotny człowiek buduje podobne chatki z dziurą na środku „podłogi” i opuszcza je natychmiast gdy w pobliżu pojawiają się drwale lub wspomniani zwiadowcy. Oprócz tego ustalono, że uprawia on obok chatek warzywa i maniok, poluje na zwierzęta, które wabi w pułapki mające formę dołów z zaostrzonymi palami w środku oraz zbiera miód z gniazd pszczół leśnych. Zaobserwowano także tajemnicze znaki, które wycina na pniach drzew. Agenci podejrzewali, że mają one znaczenie religijne i świadczą o tym, że ich autor prowadzi jakąś formę życia duchowego (być może w ten sposób walcząc z traumą). 

W końcu agentom udało się spotkać poszukiwanego. Okazał się nim nagi mężczyzna, w wieku ok. 30 lat, zawsze uzbrojony w łuk. Niestety, nawiązanie kontaktu było niemożliwe (co zdarza się często w przypadku spotkania z przedstawicielami izolowanych plemion, choć nie zawsze – niedługo przed opisywanymi poszukiwaniami, agenci FUNAI nawiązali pokojowe kontakty z dwoma plemionami, z których jedno, Akuntsu, liczyło już zaledwie 6 ocalonych). Co więcej, jedna z prób omal nie skończyła się tragicznie. Indianin wystrzelił w kierunku agenta próbującego porozumieć się z nim strzałę, trafiając go w pierś, po czym zniknął w gąszczu. Na szczęście rana nie okazała się śmiertelną.

Agenci FUNAI uznali, że należy przerwać próby nawiązania kontaktu a zamiast tego skoncentrować się na zbadaniu sytuacji samotnego mieszkańca dżungli oraz zadbać o jego bezpieczeństwo. W trakcie dalszych poszukiwań znaleźli oni klucz do wyjaśnienia zagadki – na jednej z przesiek tropikalnego lasu w tamtym rejonie znaleźli zniszczone przez buldożery pozostałości wioski indiańskiej. Składała się ona z 14 chat. Każda z nich przypominała domostwa, które budował tajemniczy uciekinier i każda z nich miała w swoim podłożu wydrążoną podobną dziurę. Ustalono, że wioska ta została samowolnie zniszczona a jej mieszkańcy zabici przez osadników, w początku 1996 r. „Człowiek z dziury”, jak zaczęto nazywać bohatera tej opowieści, jest ostatnim pozostającym przy życiu członkiem wymarłego plemienia.

Podjęto decyzję o zaprzestaniu jakichkolwiek prób porozumienia się z „Człowiekiem z dziury” oraz o wydzielenie obszaru 31 mil kwadratowych, na którym obserwowano jego obecność, jako swoistego rezerwatu, przeznaczonego wyłącznie dla niego. Ponoć właściciele ziemscy w tej części Rondonii często wyrażają swe niezadowolenie z powodu tego, że rząd podarował jednemu człowiekowi tak duży obszar ziemi. Jednocześnie nikt nie pamięta ani nie wie niczego o masakrach dokonywanych na Indianach przez ranczerów w tym rejonie, całkiem jeszcze niedawno.

Kiedyś cywilizacja białego człowieka eksterminowała lub asymilowała ludy pierwotne. Dziś Brazylia znajduje się już na innym etapie. Przyjęto model postępowania w myśl, którego nie należy ingerować w życie izolowanych plemion. Obecnie FUNAI działa w 12 regionach brazylijskiej Amazonii i monitoruje życie 107 społeczności, z którymi nigdy nie nawiązano kontaktu, pilnując jednocześnie linii demarkacyjnych, wyznaczających ich bezpieczne terytorium.

/źródła: slate.com, survivalinternational.org, wikipedia.en/


Od gwiazd do śmierci

Pozostałości zwłok Władimira Komarowa

Władimir Komarow kosmonauta i bohater Związku Radzieckiego, zginął 24 kwietnia 1967 r. ,gdy kapsuła statku Sojuz-1 którym dowodził, roztrzaskała się o powierzchnię Ziemi w Obwodzie Orenburskim na terenie Rosji.

Program Sojuz stanowił przygotowanie do lądowania na księżycu. W ramach misji planowano wyniesienie na orbitę dwóch statków kosmicznych, przejście kosmonautów między nimi oraz spacer w kosmosie. Do statku Sojuz-1 zostali wyznaczeni Władimir Komarow oraz Jurij Gagarin (jako rezerwowy). Statek Sojuz-2 z trzyosobową załogą miał zostać wyniesiony na orbitę okołoziemską dzień później.

Sojuz-1 wystartował 23 kwietnia 1967 r. z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Po osiągnięciu orbity pojawiły się problemy techniczne - nie rozwinął się jeden z paneli słonecznych. Niedobory energii spowodowały zakłócenia w działaniu chłodzenia, przez co niektóre części statku zaczęły się przegrzewać. Dodatkowo zepsuł się wysokościomierz oraz system stabilizacji lotu. Komarow kilkukrotnie przechodząc na sterowanie ręczne opanowywał sytuację, jednak świadomy złego położenia, powiadomił centralę o konieczności opóźnienia startu Sojuza-2. Nastąpiło to siłą rzeczy, gdyż nad Bajkonurem rozpętała się burza z piorunami, uniemożliwiająca bezpieczny start. W końcu podjęto decyzję o powrocie Sojuza-1 na ziemię i przerwaniu misji. Komarowowi udało się wprowadzić statek w atmosferę ziemską na prawidłowej trajektorii, umożliwiającej lądowanie na terytorium ZSRR. Wtedy nastąpiło najgorsze - nie rozwinęły się ani podstawowy ani zapasowy spadochrony kapsuły, która uderzyła w ziemię z prędkością 150 km/h, stając natychmiast w płomieniach.

W 2006 r. na łamach Litieraturnoj Gaziety ukazał się wywiad z b. funkcjonariuszem KGB, Wieniaminem Rusajewem. Przedstawił się on jako "opiekun" Gagarina. Rusajew utrzymuje, że Gagarin niedługo przed startem przekazał mu dziesięciostronicowy dokument, opracowany przez inżynierów pracujących nad programem Sojuz oraz kosmonautów biorących w nim udział. Jego adresatem był Breżniew, a zawierał on wykaz usterek konstrukcji Sojuza (podobno wykryto ich 203) oraz postulat zawieszenia programu do czasu ich usunięcia. Rusajew rzekomo przekazał go swoim przełożonym, za co został natychmiast odwołany i przeniesiony do służby na Syberii. Jednocześnie Rusajew twierdzi, że rozmawiał z samym Komarowem, który był przekonany, że nie wróci z tej misji. Zapytany, czemu nie może po prostu zrezygnować, odpowiedział, że to oznaczałoby wyrok dla jego przyjaciela, Gagarina, który poleciałby w jego zastępstwie. I wybuchnął płaczem. Ze względu na brak możliwości potwierdzenia tej relacji, należy podchodzić do niej z najwyższą podejrzliwością.

Jednak potwierdzonym jest, że poprzedzające lot Komarowa trzy loty bezzałogowe statków programu Sojuz, wykazały szereg błędów konstrukcyjnych. Jest prawdopodobne, że decyzja o kontynuowaniu programu była podjęta pod presją czasu, w związku z realizowaniem przez Amerykanów programu Apollo.

W 2011 r. w Wielkiej Brytanii ukazała się książka pt. Starman: The Truth Behind the Legend of Yuri Gagarin, której autorzy przedstawiają zeznanie niejakiego Perry'ego Fellwocka, agenta NSA, który twierdzi, że amerykańskie stacje nasłuchowe w Turcji przechwyciły rozmowę Komarowa z premierem ZSRR Aleksiejem Kosyginem, w czasie której obaj wydają się wiedzieć, że kosmonauta zginie. W rozmowie brała udział rzekomo również żona Komarowa, której kosmonauta mówił jak dalej postępować z ich dziećmi. Premier Kosygin płakał. W kolejnej, ostatniej, przechwyconej rozmowie Komarow podobno wyklinał inżynierów i polityków, którzy skazali go na lot wadliwym statkiem. Nagranie tej rozmowy jest dostępne w Internecie. Również i ta relacja powinna być potraktowana krytycznie a samo nagranie prawdopodobnie jest fałszywką.

Dokładna analiza wypadku i jego przyczyny nigdy nie zostały ujawnione. Jest jednak prawdopodobne, że krytycznym czynnikiem była wada konstrukcyjna kapsuły Sojuza, która uniemożliwiła prawidłowe otwarcie się spadochronów. W takim przypadku, gdyby Komarow nie napotkał problemów na orbicie i gdyby Sojuz-2 wystartował, zginęliby jeszcze trzej pozostali kosmonauci, gdyż bezpieczne lądowanie nie było możliwe.

Loty kosmiczne były wówczas niezwykle niebezpieczne. W styczniu tego samego roku w którym wystartował Sojuz-1, zginęło w pożarze statku Apollo-1 w trakcie prób przedstartowych trzech amerykańskich kosmonautów - Gus Grissom, Ed White i Roger Chaffee. 

Realizacja programu Sojuz została opóźniona o półtora roku. Dwa lata później Amerykanie ostatecznie pierwsi dotarli do mety wyścigu, gdy Buzz Aldrin i Neil Armstrong stanęli na powierzchni srebrnego globu.

30 lipca 1971 r. na księżycu wylądował statek Apollo - 15. Jego dowódca, David Scott pozostawił na jego powierzchni wykonaną z aluminium przez belgijskiego rzeźbiarza Paul'a Van Hoeydonck statuetkę, nazwaną "poległy astronauta" (na marginesie - jej zabranie na pokład statku zostało przez członków misji zatajone przed NASA). Miała ona na celu upamiętnić tych, którzy polegli biorąc udział w programach kosmicznych. Pozostaje ona dotąd jedynym dziełem sztuki wykonanym przez człowieka, znajdującym się na innym ciele niebieskim niż Ziemia. Obok statuetki umieszczona została tabliczka z wyrytymi na niej nazwiskami 8 amerykańskich astronautów i 6 sowieckich kosmonautów poległych na służbie, w tym także Komarowa.

Jego nazwisko nosiła także ulica w Warszawie (dziś Wołoska).